68 dni, w tym 64 ciągłej wędrówki, około 2 000 km pieszo oraz kilkadziesiąt kilometrów przewyższeń. 5 października nad ranem zakończyłem samotne przejście Alp, stając nad brzegiem Dunaju w Wiedniu.

To proste podsumowanie, a jednak mieści się w nim olbrzymi ładunek emocji i doświadczeń, których słowa często nie potrafią przekazać. Wiem jedno: rozpoczęte w lipcu przejście Alp zakończyłem w zupełnie innym miejscu i okolicznościach, niż pierwotnie planowałem. Trasa wędrówki zmieniła się ogromnie i gdy byłem już w pobliżu Wiednia, z pierwotnie planowanego szlaku jedynie fragmenty pozostały niezmienione. Ogromna część przebiegła inną drogą i w inny sposób niż planowałem.

Wyruszając z Monako 4 lipca miałem w głowie plan przejścia czerwonego szlaku Via Alpina do Triestu. Zamierzałem trzymać się jego oryginalnego przebiegu, tylko w kilku miejscach wybierając własne warianty. Plan zakładał np. przejście fragmentu szlaków Tour du Mont Blanc oraz Haute Route, a poza nimi – trzymanie się, tam gdzie to możliwe, znaków VA. Rzeczywistość szybko zmusiła mnie do zmiany zaplanowanej trasy.

Wpływ miały na to dwa czynniki:

Czas. Co prawda pierwotny plan zakładał wyruszenie jeszcze w czerwcu, kilka spraw zatrzymało mnie jednak w kraju. Pojawiłem się w Alpach na początku lipca, co było ostatnim dzwonkiem, by zacząć ten szlak. Dodatkowo pierwszą połowę sierpnia spędziłem na Grenlandii, co oznaczało „wyrwanie” z kalendarza wyprawy prawie trzech tygodni i to w czasie najbardziej nadającym się do wędrówki. Wciąż jednak mógłbym pokusić się o przejście całości szlaku, tu jednak decydująca okazała się górska aura.

Pogoda. Gdy 1 września znalazłem się w środkowej Szwajcarii, dokładnie w połowie długości Alp, lato się skończyło. I to bardzo gwałtownie, gdyż w ciągu 1 dnia pogoda, z ciepłej i słonecznej, na wiele dni stała się kapryśna, przynosząc mieszankę deszczu, krótkich przejaśnień oraz okazjonalnego śniegu. Choć zazwyczaj jest on doskonałym miesiącem, wrzesień tego roku był się wyjątkowo niełaskawy. Pogodne dni stały się rzadkością, a w wysokich partiach gór spadł śnieg. Z początku niewielki i szybko topniejący, z czasem zablokował kompletnie dostęp do wyższych szczytów Alp. Jeszcze 9 września przeszedłem przełęcz Fourcla Zadrell (2 752 m) w masywie Silvretty, a 14 września wszedłem na szczyt Rietzer Grieskogel (2 884 m) w austriackim Stubai. Oba te miejsca były jednak wyjątkami, na które wchodziłem w trakcie krótkich okien pogodowych, zamykających się po kilku godzinach. Regułą stało się wówczas, że całe dni wędrowałem w nawracającym deszczu.

 

via_alpina_przejscie_alp2
Przejście przez Tyrol, zachodnia Austria

Zmiana trasy

Śnieg w wysokich partiach gór ostatecznie pogrzebał myśl o drodze do Triestu. Wiele ścieżek zniknęło, wiele stało się niebezpiecznych dla kogoś bez czekana i raków. Mój lekki sprzęt i buty nie pozwalały wyjść w partie skalne. To zmusiło mnie do szukania przejścia przez niższe grzbiety, zazwyczaj nie przekraczające 2 300 m. Wiedziałem, że wysokie partie Dolomitów i Alp Julijskich są już dla mnie niedostępne. Wtedy zapadła ostateczna decyzja o zmianie kierunku na północno-wschodni i marszu do Wiednia.

Trzecim czynnikiem, który pojawił się już w ostatnich dniach, była niegroźna, ale nieprzyjemna infekcja oraz odzywająca się niekiedy kontuzja stopy przywieziona zimą z Izraela. Te dolegliwości nie były decydujące, gdyż nie utrudniały marszu, raczej przeszkadzały psychicznie w dalszym działaniu.

Paradoksalnie, decyzja o zmianie trasy nie była trudna. Przejście szlaku Via Alpina planowałem nie dłużej niż 2 lata. Za to już od 10 lat myślami wytyczałem trase przez Alpy, których trawers jest logiczną kontynuacją przejścia Karpat. Mój plan „B” – przejście Alp – był więc w rzeczywistości dużo starszy, niż sama Via Alpina. Łańcuch tych gór nie kończy się w Trieście, ale znacznie dalej na północy – właśnie w Wiedniu. W miejsce Via Alpiny – przejście całości Alp. Uznałem to za bardzo dobry kompromis.

Ostatecznie Alpy przeszedłem więc kombinacją wielu szlaków długo- i krótkodystansowych. Były to: czerwony, niebieski i fioletowy wariant Via Alpina, francuskie szlaki GR 5 i GR 55, Tour du Mont Blanc, Haute Route Chamonix – Zermatt, szwajcarska Alpenpässe Weg, europejskim szlakiem E4, szlakiem Wiener Mariazellerweg, i wieloma lokalnymi, krótkimi.

Moje opóźnienie i zmianę trasy spowodowała więc moja wcześniejsza decyzja o wyjeździe do Arktyki. Paradoksalnie wcale nie żałuję tego obrotu spraw. Owszem, ominęła mnie wędrówka przez wysokie fragmenty Alp, które zasypał wrześniowy śnieg. Mimo to pobyt na Grenlandii i związane z tym nowe doświadczenia były tego warte.

via_alpina_przejscie_alp_hohschwab
Przejście masywu Hohschwab, wschodnie Alpy

Co dalej?

Minęło kilkanaście lat od mojego pierwszego przejścia Karpat. To także 5 sezonów od chwili, gdy rozpocząłem wędrówkę do Santiago de Compostela. Tych 5 lat to setki dni i prawie 20 000 kilometrów w nogach. To też czas, w którym piesze podróże stały się fundamentem mojego życia. Przejście Alp jest dobrą klamrą, która zamyka ten okres. Nie zamierzam przestać wędrować. Czuję jednak potrzebę zmian. Zamiast „dłużej” i „dalej” chcę podróżować „pełniej”, przywożąc ze sobą coś więcej niż historię samotnej wędrówki. Chciałbym, aby owocem każdej podróży było rzeczywiste zrozumienie odwiedzanych miejsc. Za takie właśnie zrozumienie cenię niezwykle przejście irańskiego Zagrosu lub Izraelski Szlak Narodowy.

Postanowiłem więc, że moje przyszłoroczne wyprawy będą krótsze. Będę mierzył je raczej setkami niż tysiącami kilometrów. W zamian chcę przemieszczać się wolniej, zatrzymując się i zbierając historie, docierając przy tym do miejsc nieczęsto odwiedzanych.

Ten rok oznacza też dla mnie początek współpracy z Olympusem. Aparatów i obiektywów tej firmy używam nieprzerwanie od 4 lat, ceniąc je za niską wagę i świetną jakość. Chciałbym, by nasza kooperacja przyniosła efekty w postaci nie tylko coraz lepszych zdjęć, ale i filmów. Dłuższych, bardziej wnikliwych, osobistych, choć niekoniecznie skupionych na sobie. Fotografie zaś posłużą do zilustrowania kolejnej książki, choć tematu tej ostatniej jeszcze przez chwilę nie zdradzam 🙂

Tymczasem do zobaczenia gdzieś w Polsce, jeszcze tej jesieni i zimy. W wielu miejscach kraju będę miał przyjemność opowiadać o Iranie, Izraelu, szlaku Św. Jakuba i nie tylko. Jeśli chcielibyście posłuchać opowieści z tych miejsc – serdecznie zapraszam.

10 komentarzy

  1. Pojawisz się w Gdańsku z opowieściami?

  2. Czesc Lukasz.
    Najpierw wielki szacun za wytrwalosc i dotychczasowe dokonania na licznych trasach, nastepnie wdziecznosc za bloga, ktory jest swietnym instruktarzem dla mniej doswiadczonych. Dajesz wspanialy przyklad. Gratuluje.
    Male pytanie.
    Uzywane aplikacje i mapy off-line, co polecasz?

    • Bardzo słabo się na tym znam, gdyż używam niemal wyłącznie map papierowych. Nawet GPS-a używałem w górach, przez ostatnich 10 lat, zaledwie raz. Jedyne doświadczenie z mapą/aplikacją to Locus, działający dobrze na telefonach i tabletach z funkcją lokalizacji. Poza tym jednak papier u mnie rządzi i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić.

  3. Znam Alpy szwajcarskie, ale Twoja wyprawa przez całe to pasmo to wielkie WOW! Zrobiło na mnie wrażenie, z ogromną ciekawością śledziłam Twoje posty. Odważny krok, wielki wyczyn, bo nie każdego stać (psychicznie) na to, by na tyle czasu opuścić swój dom.
    Także uważam, że przerwa związana z wypadem do Grenlandii, to nic straconego. Tak samo zmiana trasy i nowy cel. Mądrze myślisz, dużo wyciągasz z tych podróży i dla mnie Twoje opowieści są perfecto. Takie… uduchowione. Ucieszył mnie Twój pomysł o tym, iż następne wędrówki chcesz przeżyć „pełniej”, to znaczy, że czeka nas wiele jeszcze wspanialszych historii. Robi się coraz ciekawiej.
    Szkoda, że minęliśmy się w Dolinie Renu. 😉
    Zamierzasz kiedyś dopełnić ten plan i „poprawić” przejście VA?

    • Nie, przynajmniej nie w najbliższych latach. To, co zobaczyłem mi wystarczy, chyba dostałem od Alp to, co miałem dostać. Sądzę, że przez jakiś czas skupię się na nieco innych przygodach, na krótszych dystansach, ale bardziej wymagających, być może mocniej połączonych z fotografią i reportażem. Przyszły rok powinien przynieść właśnie takie podróże.

  4. W jakich butach w końcu szedłeś? Pisałeś o Merrellach Moab Ventilator.
    Miałem te buty i nie byłem z nich zadowolony. Ciekawy jestem Twoich doświadczeń. Jak dla mnie za miękka podeszwa na kamieniste góry, za delikatne – szybko się zeszmaciły, zbyt ciepłe na lato – u mnie wcale nie były „ventilator”.

  5. Cześć! Gratuluję wspaniałych osiągnięć. Zdecydowanie zarazileś mnie chęcią do wędrówek długodystansowych, choć u mnie to narazie tylko plany…
    Nigdzie nie doszukałem się w Twoich relacjach jakiegokolwiek lęku przed dzikimi zwierzętami. Naprawdę się nie boisz? Masz jakiś plan samoobrony? Czy może z doświadczenia wiesz, że noc Ci nie grozi?
    Pozdrawiam serdecznie,
    Grzegorz

    • Z pewnymi wyjątkami zwierzeta w Europie boją się ludzi. Nawet tak duże jak dziki lub niedźwiedzie. Te atakują jedynie w sytuacji zagrożenia lub w obronie młodych. Idąc przez góry zazwyczaj jestem słyszalny np. przez kroki, więc spotkanie z dzikim zwierzęciem raczej mi nie grozi. Także w nocy nie ma się czego obawiać, zwierzęta leśne nie zaatakują człowieka same. Znacznie większym niebezpieczeństwem sa psy pasterskie, które łatwo spotkać np. w Rumunii czy na Kaukazie.

  6. …lubię zaglądać do Ciebie…
    Jest tu zawsze coś nowego.
    Ciekawe opowieści, świetne zdjęcia
    no i skarbnica wiedzy i porad :
    co zabrać z sobą, co jeść.
    Z Twych przepisów korzystam – dziękuję!
    No i brak nachalnych reklam.
    Świetna strona, gratuluję – Maciej

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *