Kasię spotkałem jesienią zeszłego roku. Publiczna dyskusja z kilkoma podróżującymi po świecie osobami, zatłoczony krakowski klub i dwójka ludzi, którzy właśnie wrócili z dalekiej drogi. Byłem wówczas świeżo po powrocie z drugiego Łuku Karpat, ona niedawno skończyła 4-letnią drogę przez Azję. gdy zobaczyłem ja po raz pierwszy miałem wrażenie, jakby nie do końca pasowała do rzeczywistości w której byliśmy i to nie przez ubiór lub zachowanie, ale coś innego, nieuchwytnego. W trakcie rozmowy ze zdumieniem usłyszałem, że samotnie spędziła miesiąc w Afganistanie, zaglądała też do miejsc, o których niewielu z nas wie, że istnieją.

Zainteresowało mnie, jak samotna kobieta radziła sobie w tak długiej i czasem niebezpiecznej podróży. Zapytałem więc o możliwość spotkania i porozmawiania z nią o tym. Kilka tygodni później siedzieliśmy w pewnej warszawskiej kawiarni. To, co miało być wywiadem, przybrało postać swobodnej i wartkiej rozmowy. Zanim udało mi się spisać jej treść, Kasia znów była w drodze, tym razem przez Stany Zjednoczone. W chwili gdy czytacie te słowa będzie gdzieś w Meksyku.

Jak przeżyć długą i czasem niebezpieczną podróż, będąc samotną kobietą – wokół tego pytania obracała się nasza dyskusja. Czy w tej rozmowie udało nam się dojść do odpowiedzi? Oceńcie sami.

Początek

Powiedz jak to się zaczęło? Twoje samotne podróżowanie? Czy to był pierwszy taki wyjazd? Co sprawiło, że ruszyłaś w drogę i to sama?

Wcześniej podróżowałam na wschód, ale były to wyjazdy trwające miesiąc lub trochę dłużej. Pierwszą dużą przygodą był 2005 rok i wyjazd z Polski we dwójkę, 30-letnim wówczas samochodem GAZ 69, do Astrachania nad Morzem Kaspijskim. Przez Ukrainę, Rosję i Kaukaz, jechaliśmy na wschód. Zależało nam, aby dotrzeć do Kałmucji, buddyjskiej republiki w głębi Rosji, miejsca, które do dziś wspominam jako magiczne. Miesiąc w drodze był tak fantastyczną przygodą, że w następnym roku postanowiliśmy zorganizować wyprawę w 4 samochody offroad’owe. Chcieliśmy dotrzeć nimi do miejsc, gdzie normalny samochód by nie dotarł. I tak zrodziła się „BIELUGA Expedition”.

Bieługa? To od tego szczytu w górach Ałtaju?

Nie, to od ryby, bieługi. To gatunek, który żyje w Morzu Kaspijskim i daje najdroższy kawior na świecie. Jadąc samochodami terenowymi zorganizowaliśmy, rok po roku, dwie wyprawy. Pierwsza trasą wzdłuż północnego brzegu Morza Czarnego, druga od południa, przez Turcję do Gruzji i w Kaukaz. Ale, choć były to naprawdę fantastyczne wyprawy, cały czas miałam wrażenie, że jestem w jakiejś permanentnej niedokończonej rozmowie. Gonił nas czas, musieliśmy wrócić do pracy i wydawało mi się, że gdziekolwiek jestem, muszę uciekać, zanim zdążę naprawdę poznać to miejsce. Każde miejsce opuszczałam jakby w połowie zdania. I po powrocie z drugiej wyprawy zaczęłam myśleć o podróży bez limitu czasu.

Ten pomysł musiał dojrzeć, ale cieszę się że nie zrobiłam tego z marszu, na przykład zaraz po studiach. Myślę, że dzięki długiemu dojrzewaniu do tej decyzji, uniknęłam poczucia, które często spotykałam u podróżujących ludzi: muszę wrócić, zrobić karierę, zbudować dom. Ja to wszystko miałam zanim wyjechałam. I byłam bardzo szczęśliwa! Miałam poukładane życie, dobrą pracę, która mnie fascynowała, ale czułam, że potrzeba mi czegoś więcej. Że kontakt ze światem przyniesie mi inne emocje, niż życie tutaj, w jednym miejscu. Nie wiedziałam jak długo mnie nie będzie, ale wyjeżdżając nie ustaliłam sobie żadnego limitu. Myślałam po prostu, że w półtora roku podróż dokoła świata będzie skończona.

A wyszły cztery lata?

Tak i to tylko na Azję. I gdyby nie wizy, w niektórych miejscach mogłabym spędzić po pół roku lub więcej, ale wtedy cała podróż trwałaby dekady. Poza tym cały czas jestem w trasie, dla mnie ta podróż się nie skończyła, przystanek w Polsce jest tylko czasowy.

Jak wyglądały przygotowania?

Wyjechałam kompletnie nieprzygotowana. Bezpośrednim powodem tego był fakt, że planowałam wyjazd z drugą osobą. Podzieliliśmy nasze obowiązki tak, że ona zajmowała się przygotowaniami, a ja kończeniem spraw zawodowych i „zawijaniem” swojej kariery. Tymczasem stało się tak, że tuż przed wyjazdem ta osoba „zawinęła” siebie i zniknęła z mojego widnokręgu. Miałam więc do wyboru: zostać i poświęcić kolejny rok na przygotowania lub zebrać się i wyjechać mimo wszystko.

Pamiętam, że gdy opuszczałem Polskę, najtrudniej było wykonać ten pierwszy krok. Decyzję o wyjeździe zawsze się odwleka, usprawiedliwiając się setkami powodów, dla których lepiej zostać. Czy Tobie było trudno podjąć tą decyzję? I czy brak przygotowania nie zemścił się potem na Tobie?

Byłam zdeterminowana do tego wyjazdu na tyle, że pewnej nocy po prostu kupiłam bilet. Wtedy miałam już datę wylotu i zamknęłam sobie drogę odwrotu. Paradoksalnie, ponieważ byłam kompletnie nieprzygotowana, nie wiedziałam nawet czym mogłabym się stresować. Znajomi byli trochę przerażeni, że jadę sama i od razu do Turcji i Iranu, ale gdy zobaczyli że klamka zapadła, starali się pomóc. Ostatniej nocy siedzieliśmy w kilka osób ogarniając najpilniejsze sprawy. Do dziś pamiętam jak głośno jedna osoba czytała numery telefonów z mojego służbowego smartfona, ja mówiłam „tak” lub „nie”, a kolejna przepisywała telefon do wysłużonej przedpotopowej komórki. Kiedy zostałam już sama, spakowałam plecak w dwie godziny. Potem wyszłam, zamknęłam drzwi, pojechałam na lotnisko. I dopiero po przylocie do Stambułu, już siedząc w podrzędnym hoteliku otworzyłam książkę i poczułam, że jestem dokładnie w tym miejscu, gdzie powinnam być. Tak głęboko czułam, że robię dokładnie to, czego chcę, że nie towarzyszyły mi żadne złe myśli. Miałam wrażenie, jakby rzeczy działy się poza mną, poza moją kontrolą.

Pierwszy trudny moment nadszedł kilka tygodni później. Idąc ulicą w jakimś irańskim mieście czułam się źle, strasznie samotna w tym kraju, tak diametralnie innym, gdzie ciężko mi było się swobodnie poruszać i gdzie każdy kolejny krok był niewiadomą. Zapadła już noc, miasto opustoszało. Szłam ulicą i nie mogłam opanować łez, ale czułam, że ten płacz jest jednocześnie pożegnaniem ze tym starym życiem. Cały czas czułam, że jestem dokładnie tu, gdzie być powinnam i wszystko jest dobrze. A to w życiu się rzadko zdarza.

iran2

Iran, fot. Katarzyna Tołwińska

Czy miałaś poczucie, że rzucasz się na głęboką wodę? Czy może z początku robiłaś wszystko ostrożnie?

Miałam poczucie skoku na głębię, samotny wyjazd był odkrywaniem ziemi nieznanej. Nagle zostałam zupełnie sama. Ale zaczynając tę podróż nie czułam, że robię coś na krawędzi bezpieczeństwa, choć później takie rzeczy na pewno mi się przydarzały.

Nie czułaś że jedziesz po bandzie? Że robisz rzecz ryzykowną?

Może, przy wjeździe do Iranu, gdy sytuacja zmieniła się po opuszczeniu Turcji. Wysiadłam w Tabrizie, mieście na północy kraju, bez znajomości języka, nie wiedząc jak dotrzeć do centrum miasta, gdzie iść. Ale wiesz co? Byłam tak potwornie szczęśliwa, że wszystko mnie bawiło. Dwa tygodnie później, będąc cały czas w Iranie, zostałam na krótko zatrzymana i te cztery – pięć godzin spędzonych w areszcie wewnętrznie zanosiłam się śmiechem. Niosłam w sobie taki ładunek szczęścia, że nie czułam, że dookoła mnie dzieją się rzeczy, które w innych okolicznościach by mnie przeraziły.

Spotkania i relacje

Spotykałem samotne kobiety w podróży. Ale chociaż sam również podróżowałem w pojedynkę, trudno mi postawić się na Twoim miejscu, „samotniczki” w drodze. Jakie to jest uczucie: być samotnie podróżująca kobietą?

To jest uczucie które ewoluuje. Jedna kwestia to samotna podróż, która nie ma nic wspólnego z płcią. Druga – to samotna kobieta. Jednak zazwyczaj czułam się świetnie.

Czasami samotność jest męcząca, bo samemu trzeba o siebie zadbać i to w większym stopniu, niż gdybym była mężczyzną. Nie na wszystko mogę sobie też pozwolić, więcej zagrożeń czeka na kobietę niż mężczyznę. Na przykład gwałt. Jako kobieta muszę zachować pewien poziom, muszę być bardziej damą niż rzeczywiście jestem. Ale to z kolei sprawia, że ludzie wokół mnie zachowują się adekwatnie. Warto pamiętać, że kontakt z drugim człowiekiem to interakcja i połowa odpowiedzialności za to jak będzie to spotkanie wyglądać spoczywa na Tobie.

„To co dzieje się w samotnej podróży można opisać jako ustawienie relacji między nimi a mną. Poprzez sposób, w jaki ustawiam taką relację, wiele zagrożeń w ogóle nie ma miejsca.”

W wielu miejscach w których bywałam, spotkanie ze mną dla ludzi było pierwszym kontaktem z Europejczykiem poza telewizją. Z samotną Europejką  tym bardziej. To co dzieje się w samotnej podróży można opisać jako ustawienie relacji między nimi a mną. Poprzez sposób, w jaki ustawiam taką relację, wiele zagrożeń w ogóle nie ma miejsca. Tylko raz zdarzyło mi się coś, co opisałabym jako sytuację zagrożenia i było to w rejonie kulturowo bliższym Europie, w Kirgistanie.  Wsiadłam wtedy do samochodu osobowego – czego zazwyczaj nie robię – i, jeśli można tak powiedzieć, nie ustawiłam tej relacji w taki sposób, w jaki zazwyczaj to robię. Straciłam czujność i wdałam się w rozmowę o różnicach w obyczajowości, która nagle zboczyła w niebezpieczne rejony. Skończyło się na tym, że kierowca uznał, że może sobie pozwolić na przekroczenie granicy.

Czyli odpowiednie ustalenie relacji niweluje zagrożenie?

Ujmując rzecz najkrócej – tak. Ale w słowie „relacja” zawarte jest wszystko.

Po pierwsze – sposób ubierania się. Niby drobna rzecz, ale bardzo ważna, może najważniejsza. Dla ludzi, którzy nas oglądają, ubiór może być rodzajem komunikatu. Możesz sobie pomyśleć, że założenie krótkiej spódniczki czy bluzki na ramiączkach nie jest problemem w naszej kulturze, więc gdzie indziej też będzie OK. A dla kogoś mieszkającego w odległym kraju, taki ubiór jest czytelnym sygnałem: prostytutka. I będzie Cię traktował jak prostytutkę. I nie jest istotne co o tym mylisz – taki wzorzec mają w głowie.

Wiele jest miejsc, jak Malezja lub Indonezja, które na pierwszy rzut oka przypominają wyluzowaną i wiecznie imprezująca Tajlandię, ale są krajami muzułmańskimi i bardziej konserwatywnymi obyczajowo. Przyjeżdżając tam, łatwo ulec złudzeniu, że jesteśmy na wakacjach. Dopóki kobieta trzyma się tam miejsc turystycznych, jest w jakiś sposób chroniona. Ale jeśli wsiądzie do pociągu i pojedzie gdzieś dalej, wyjedzie z tej strefy. Jeśli będę w takim pociągu, jadącym w głąb kraju siedziała, mając ubranie wystawiające połowę piersi na wierzch, mężczyźni będą mnie zaczepiali i nie ma ich za co winić. A więc po pierwsze ubiór.

Po drugie spoufalanie się, wchodzenie w romanse z miejscowymi.

O wakacyjnych romansach na plaży lepiej w ogóle nie mówić. Ale skoro mowa o spoufalaniu się – jest granica, którą łatwo przekroczyć w drugą stronę. Nie chcąc się spoufalać, możesz popaść w paranoję, która sprawi, że będziesz odcinać się od kontaktu z ludźmi, a przynajmniej z wszystkimi facetami. Czy potrafisz wyznaczyć sobie taką granicę, kiedy możesz wejść w kontakt z ludźmi, ale nie przekraczając pewnej granicy?

Tu nie chodzi o stopień spoufalania się, ale o tematy jakich dotykacie w rozmowach. Może się zdarzyć, że mieszkam u kogoś w domu, noszę jego dzieci na rękach, jestem traktowana jako rodzina, ale jestem czujna na podejmowanie tematów związanych z seksualnością i wszystkim, co brzmi jak „testowanie terenu”. Poruszanie takich tematów nie niesie ze sobą żadnych korzyści, a zagrożenie jest ogromne. Wystarczy, że raz pozwolę komuś na taką próbę i przyjdą kolejne. Jeśli więc siedzę z kimś na przykład w restauracji i w pewnej chwili padną pod moim adresem jakieś komplementy, natychmiast je ucinam. Mówię „dziękuję”, ale jest to „dziękuję” wypowiedziane takim tonem, że nikt więcej nie odważy się dalej eksplorować tematu. Jestem nadal supermiła dla rozmówcy, ale wyraźnie daję do zrozumienia, że nie chcę być tak traktowana.

Przypomina mi się pewien przypadek w Wietnamie. Któregoś dnia, włócząc się uliczkami miasta, weszłam w niebezpieczną dzielnicę, z czego nie zdawałam sobie do końca sprawy. Trafiłam tam na święto. Idę między zaułkami, aż nagle spotykam grupę mężczyzn wokół wspólnego stołu. Wszyscy otyli, wszyscy rozebrani do pasa, świętujący wietnamski Nowy Rok. Zaczęli mnie zagadywać i po chwili zaprosili do stołu. I co teraz? Sytuacja z jednej strony wydaje się dość mroczna. A z drugiej – głos w mojej głowie mówi „użyj intuicji!”. Dałam się zaprosić, ale od początku tej znajomości ustawiłam relację w kategorii GOŚĆ. Nie byłam DZIEWCZYNĄ, za którą grupka facetów mogłaby wołać „hej, mała, choć do nas!”, ale właśnie GOŚCIEM. Pozwoliłam dostawić sobie krzesło, razem zjedliśmy posiłek i było fantastycznie. Na koniec, po dwóch godzinach, okazało się, że są lokalną mafią. Nie pozwolili mi samej wrócić do domu, tłumacząc że „przecież tu jest tak niebezpiecznie!”. Wsadzili mnie w taksówkę, aby ta wywiozła mnie z tego miejsca.

Odwrócę poprzednie pytanie. A jak ludzie przyjmowali samotną kobietę? I jak różniły się kraje pod tym względem? Czym różniły się, dajmy na to, Wietnam, Tybet i Indonezja? Nie chodzi mi tylko o podejście mężczyzn, ale wszystkich, kobiet też. Jak przyjmowali spotkanie z samotną kobietą?

Pomijając miejsca turystyczne, wszędzie gdzie byłam do tej pory, przyjmowali mnie jako abstrakcję. Dominujące były zaskoczenie i niezrozumienie. Większe lub mniejsze, zależnie od tego gdzie trafiłam, ale zawsze zaskoczenie. A co za tym szło, bardzo rzadko ktokolwiek traktował mnie jak chodzący bankomat, co jest problemem wielu turystycznych miejsc. To irytuje często ludzi podróżujących po świecie: ktoś chce od ciebie  pieniądze, chce cię oskubać lub zrobić jakiś interes, myśli, że dzięki tobie wyjedzie za granicę. To dlaczego tak się dzieje to zupełnie inna sprawa, ale jeśli jesteś w miejscu gdzie nikt wcześniej nie spotkał turysty jesteś czystą kartą, nie zapisaną oczekiwaniami i doświadczeniem. Jesteś po prostu człowiekiem, nawet jeśli mocno odstającym od krajobrazu. Moje spotkania zaczynały się zazwyczaj od kompletnego niezrozumienia co samotna, biała kobieta robi w tym miejscu. A za tym niezrozumieniem szła potrzeba natychmiastowego zaopiekowania się mną.

Ze strony kobiet czy mężczyzn?

Głównie mężczyzn. Ale nie dlatego, że byłam kobietą, a oni mieli na coś nadzieję! Po prostu w wielu tych krajach to głównie mężczyźni podejmują decyzje. Gdy trafiłam do nowego miejsca to mężczyźni byli tymi, których najpierw spotykałam, którzy wchodzili ze mną w interakcję. To ma związek z tym, jak wyglądają te społeczeństwa w Azji, gdzie mężczyzna jest stroną dominująca, podejmuje decyzje (pozornie!), wychodzi na zewnątrz, dosłownie i w przenośni. Ma więc większą szansę mnie spotkać. Takie propozycje nie miały jednak żadnego damsko-męskiego podtekstu, przynajmniej zazwyczaj.

Jeśli były kobiety, które oferowały mi swoją pomoc, to zwykle były bez mężów, którzy w tym momencie wyjechali lub pracowali. Wtedy to one zaczynały rozmowę.

A kiedy jestem już pod czyimiś skrzydłami, zaczyna się rytuał. Moi gospodarze spraszają do siebie ludzi, aby ci mogli mnie obejrzeć. Gdy chcę gdzieś wyjść, na przykład na targ, idziemy tam całą rodziną. Staję się ich częścią.

Zdarzały się historie zupełnie niesamowite. Ktoś przygarniał mnie na przykład na tydzień i przez ten tydzień któryś z członków rodziny cały czas o mnie dbał, dojeżdżali dalsi kuzyni, przychodzili dawno nie widziani znajomi, wieść o mnie rozciągała się kilka wysp dalej. Takie spotkanie było dla nich niczym dla nas święta Bożego Narodzenia. Kiedy wyjeżdżałam, wszyscy domownicy stawali w kręgu i modlili się za mnie, odprowadzali mnie na statek. Czułam czasem, że ludzie bardzo mocno się do mnie przywiązywali i myślę, że duże znaczenie miał fakt, że byłam sama. Kiedy w podróż wybierze się dwójka ludzi, przyjaciele czy partnerzy, tworzą swój własny świat do którego trudniej przeniknąć. W stosunku do pary ludzie mają trochę mniejszą śmiałość, utrzymują większy dystans. Dla mnie samotne podróżowanie jest więc o wiele ciekawsze, o wiele bardziej intensywne.

OrangRimba3

Indonezja, fot. Katarzyna Tołwińska

Kobieta

 To teraz, jeśli pozwolisz, coś Ci przeczytam. To tekst z Twojego bloga, na którym spędziłem trochę czasu. „Zastanawiałam się nad tym, co to oznacza, że się nie boję. Czy to znaczy, że jestem pozbawiona instynktu przetrwania? Że mam poprzesuwane niezdrowo reakcje, brak wyobraźni? Czy może nie stanęłam po prostu wobec sytuacji zagrażających życiu? To ostatnie zdecydowanie nie. Byłam na tonącej łodzi godziny żeglugi od lądu, byłam w sytuacji, w której na tamten czas uznałam, że wyjęcie noża to jest dobry pomysł (nigdy nie jest!), byłam głęboko w dżungli, czekałam na nadejście tsunami po trzęsieniu ziemi bez możliwości ucieczki, byłam aresztowana, byłam 50 kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji sam na sam z mężczyzną, który chciał się szargnąć na moja cnotę, byłam… byłam i przeżyłam”. A więc były momenty nieprzyjemne, nawet niebezpieczne, a spowodowane tym, że byłaś samotną kobietą. Co to były za momenty? To aresztowanie na przykład?

Bardzo prosta sytuacja. Pojechałam do irańskiego miasta Buszer, w którym znajduje się elektrownia atomowa, i podejrzewa się też, że produkowana jest tam bomba jądrowa (czemu zaprzeczają wszyscy znani mi Irańczycy). Jest to też port marynarki wojennej, a więc dość newralgiczne miejsce. Uznałam, że jednocześnie bardzo ciekawe i trzeba tam pojechać.

„To, że mnie szarpali jakoś mnie nie ruszyło, bardziej przestraszyłam się o tych, którzy próbowali się za mną wstawić. Poszliśmy na posterunek”.

Spędziłam tam trzy lub cztery fantastyczne dni i już miałam wyjechać, stałam więc na dworcu i czekałam na autobus, który się spóźniał. Z początku wszyscy pasażerowie po prostu czekali, nikt ze mną nie rozmawiał, ale gdy minęły dwie godziny takiego oczekiwania, podeszła do mnie pierwsza osoba, potem kolejna. Zaczęliśmy rozmowę. Trwało to może cztery-pięć minut, gdy wtem zjawiła się policja i odciągnęli mnie. Machali pałką w stronę mężczyzn, którzy próbowali interweniować w mojej obronie, a potem kazali mi zabrać swoje rzeczy. To, że mnie szarpali jakoś mnie nie ruszyło, bardziej przestraszyłam się o tych, którzy próbowali się za mną wstawić. Poszliśmy na posterunek.

Tam posadzili mnie w pustej sali. Naprzeciwko mnie funkcjonariusz. On oczywiście ani słowa po angielsku, ja ani słowa w farsi, ale z nas dwojga to chyba on miał bardziej rozbiegane oczy. Oczywiście nikt nic nie wiedział, nie był w stanie powiedzieć o co chodzi i co się teraz stanie, a mój anioł stróż z drugiej strony kraty chyba się modlił, aby coś mnie zdjęło z jego głowy. Przesiedziałam tam cztery godziny i gdy przyjechał autobus, odeskortowano mnie do niego.

Ktoś Cię przesłuchiwał?

Nie, nikt nie znał angielskiego!

To była prawdopodobnie policja religijna, formacja, której nie lubią sami Irańczycy, a której funkcjonariuszy rekrutuje się częściowo spośród Palestyńczyków. Jak mi wyjaśniono, to ludzie z reguły słabo wykształceni, którzy przyjeżdżają do Iranu specjalnie do tej pracy, gdyż sami Irańczycy są zbyt dumni, by atakować swoich rodaków. Nie wiedziałam co się dzieje, nie miałam pojęcia jak to się skończy i dopiero potem zrozumiałam, że im nie chodzi o elektrownię atomową, port marynarki wojennej, ani o to, że rozmawiałam z tymi mężczyznami. Nie uważają mnie za szpiega, tylko chcieli zabrać mnie z oczu współpasażerów. W Teheranie coś takiego w ogóle nie miałoby miejsca, tam jednak panowała nerwowa atmosfera, a gdy w powietrzu wisi napięcie, ludziom puszczają nerwy.

A ten mężczyzna który chciał szargnąć się na Twoją cnotę?

Na granicy Laosu i Kambodży odmówiłam zapłacenia łapówki za wbicie pieczątki do paszportu, co porządnie wkurzyło pograniczników. Po długich dyskusjach, gdy udało mi się wreszcie przejść na stronę kambodżańską, stanęłam za granicą i zaczęłam łapać stopa. I nagle, choć wiele samochodów było pustych, każdy odmawiał zabrania mnie. Zrozumiałam, że strażnicy instruują przejeżdżających kierowców, żeby mnie nie zabierali. I wtedy po prostu wzięłam plecak i zaczęłam iść drogą przed siebie. Do najbliższego miasta było 50 kilometrów, ale nie miałam wielkiego wyboru. Aż w pewnym momencie podjechał facet na motorze, mówiąc, że mnie podwiezie. Spytałam go wtedy, ile będę mu winna za benzynę. „Nic nie musisz płacić, free for you, free for me”. Nie chciałam się zgodzić, pytałam go ile za tę benzynę, a on cały czas swoje „free for you, free for me”. I tak dyskutowaliśmy, aż ja go pytam „No dobra, free for me, free for you, ale co dla ciebie za free?”, a on na to „testicles”

???!!!

No właśnie, moja reakcja była mniej więcej taka!

Zaraz, ale co to znaczy?

Bardzo medyczne określenie na męskie narządy płciowe (testicle dosłownie oznacza jądro). Nie wiem skąd on to wyciągnął, być może z jakiegoś słownika, ale w pierwszym momencie też nie załapałam o co chodzi. Pomyślałam „cholera, może on chce moją nerkę?!”. A kiedy wreszcie zrozumiałam, o co biega, po prostu wydarłam się na niego, a gdy krzyczę, głos mam bardzo donośny. Uciekał szybciej niż przyjechał. Jak więc widzisz to nie był zdesperowany gwałciciel, tylko zwykły facet, który zobaczył, że jest okazja, biała kobieta. A mężczyźni w niektórych miejscach Azji, mają bardzo często wpojone absolutne przekonanie, że biała kobieta równa się seks. Istnieje taki koncept, nazywany przez nich „free sex”. Myślą, że my, Europejki,  wstajemy rano, pijemy kawę, jakoś tam spotykamy faceta i od razu lądujemy z nim w łóżku. Potem spotykamy kolejnego faceta i między kolejną kawą a popołudniową przekąską uprawiamy sobie seks. Wielokrotnie prowadziłam w podróży rozmowy tłumacząc komuś, że to w ogóle nie tak.

Za nic w świecie nie rozumiem skąd tak koncepcja? Z filmów?

Trochę z filmów, a trochę z obserwacji. W tamte regiony – myślę tu głównie o Indonezji – przyjeżdżają kobiety, głównie Holenderki, które szukają sobie tam wakacyjnego kochanka, którego nazywają „toy boy”. Cała masa ludzi to widzi i opowiada o tym kolejnym. Plotka rozchodzi się do kolejnej wioski i kolejnej, i tak dalej, i wystarczy tylko jeden taki przypadek, o którym opowiadają sobie znajomi i sąsiedzi, by potwierdzić w oczach tysięcy miejscowych ten stereotyp.

Poza tym my, Europejczycy, żyjemy zupełnie inaczej. W ubogich krajach panuje struktura patriarchalna, która sprawia, że kobieta oddaje część swojej wolności w zamian za opiekę, dom i zapewnione środki do życia. Coś za coś. A teraz spójrz na kobietę z zachodu, taką jak ja – jestem bezdzietna, nie mam męża, podróżuję sama, w ich pojęciu jestem bogata i robię co chcę. Dla ludzi, których spotykam, każda z nas jest zagadką, którą muszą sobie jakoś wyjaśnić, dopasować do swoich schematów. Idea „free sex” rozwiązuje ją bardzo dobrze.

Świetnie…

Nie jest to takie świetne, bo właśnie przez to jesteśmy traktowane tak jak jesteśmy.

To mi przypomina pewien incydent, gdy na indyjskiej ulicy jakiś facet złapał moją towarzyszkę za piersi i uciekł.

Zajrzyj kiedyś do kafejki internetowej w Indiach, gdzieś poza szlakiem turystycznym. To co się tam robi, to głównie oglądanie filmów porno.

Poważnie? Widziałaś to?

Tak. Za pierwszym razem byłam lekko zdziwiona, wchodząc do kafejki, gdzie przed kilkoma rzędami komputerów siedzą sami faceci i wydają swoje ciężko zarobione rupie na oglądanie zwyczajnych pornoli. Najczęściej z udziałem Rosjanek. A więc masz kolejny stereotyp: blond kobieta o jasnej skórze.

Czyli wypisz, wymaluj, Ty.

Właśnie. Wyobraź sobie co oni musieli poczuć jak nagle weszłam do takiej kafejki… A potem, gdy jechałam gdzieś indyjskim autobusem, obserwowałam jak zachowują się mężczyźni. Kierowca posadził mnie z przodu, z tyłu siedziało kilka Hindusek, na kolejnym postoju wsiada do środka kilkunastu mężczyzn. Nie ma mowy, aby którykolwiek przysiadł się do nich, nawet gdy jechały same, ale za każdym razem ktoś przysiadał się do mnie, po jakimś czasie kładł głowę na moim ramieniu i takie tam.

Ale chyba im nie pozwalałaś?

Możesz przejść z takim zachowaniem do porządku dziennego lub narobić szumu. Ale to nie zawsze jest takie proste.

Wyobraź sobie: jestem sama, nocą, w ciemnym autobusie, jedyne co widać dokoła, to białka oczu współpasażerów. To nie jest dobre miejsce na stawianie kogokolwiek do pionu. Na wyciąganie takich zachowań na „światło dzienne”, choć to nie najlepsze określenie w tamtej chwili. Czasami trudno też określić, czy takie zachowanie ma jakiś podtekst czy jest czymś normalnym. W plecionce ludzkich ciał zgniecionych w miejscu na świecie, gdzie dodatkowo kwestia przestrzeni osobistej jest zupełnie obca materią, ciężko jest jednoznacznie określić czy są przekraczane granice. Nie robiłam więc głośnej afery, ale dawałam do zrozumienia, że nie chcę takiej „bliskości”.

Czasami jednak warto zrobić coś innego. W tamtym autobusie, gdy zaczęłam się czuć nieprzyjemnie, poszłam do kierowcy i zaczęłam z nim rozmawiać, głównie na migi, bo języka hindi oczywiście nie znałam. Ale tak długo rozmawialiśmy, między innymi o jego autobusie, że dał mi go poprowadzić. Przez chyba piętnaście minut kierowałam indyjskim autobusem! I wiesz co się wtedy dzieje?

W chwili takiej jak ta, natychmiast przestajesz być „białą dziewczyną”, seksualnym obiektem pożądania, gdyż relacja między tobą a ludźmi wchodzi na inny poziom. Stajesz się dla nich rozrywką, niecodziennym wydarzeniem. Coś robicie razem, oni śmieją się z ciebie, ale i razem z tobą. I myślę, że dziewczynom, które  podróżują ze swoimi partnerami, trudniej wejść w taką rolę, gdyż one domyślnie czują się bezpieczniejsze i ciężej im wejść w relację którą można by nazwać „kumplowską”. Dwójka ludzi tworzy swój świat, do którego innym trudniej się dobić.

Czy to jest druga recepta? Wyjść z tej etykiety „obca biała kobieta”, a stać się może jeszcze nie kumplem, ale osobą już nie anonimową? Bo patrząc na Twoją przygodę – niby nie zmieniło się nic, a jednak, siadając za kółkiem, przestałaś być dla nich anonimowa. A anonimowość sprzyja złemu traktowaniu.

Tak. Na pewno. I tutaj najlepiej sprawdza się zejście z pantałyku własnej ważności. Osobiście nie boję się sytuacji, w których ludzie się ze mnie śmieją, sama się z siebie śmieję razem z nimi. I gdy popełniam jakieś faux-pas staram się obrócić to w żart, obśmiać się z siebie i pozwolić by anegdota obiegła całe targowisko. I nagle przestajemy być kompletnie obcy, jakieś drobne wydarzenie sprawia, że mamy ze sobą coś wspólnego.

ciezarowka

Indonezja, fot. Katarzyna Tołwińska

Jak reagują ludzie, gdy robisz im zdjęcia? Pamiętam na Twoim blogu zdjęcia z indonezyjskiego autobusu, pełnego miejscowych facetów. I jak reagowali mężczyźni, gdy robiła im zdjęcia samotna kobieta?

Wiele zdjęć portretowych to zdjęcia ludzi, który już znałam. Mieszkałam przez miesiąc wśród nich, w jednym miejscu, starając się z nimi zaprzyjaźnić. Zdjęcia, które zobaczysz na mojej stronie, były zrobione podczas wspólnego posiłku czy jakiegoś spotkania, ale po długim pobycie u nich. Nie byłam więc dla nich po prostu „białą kobietą”, ale „białą, która mieszka u nas we wsi”. Byłam już oswojona z nimi i oni ze mną.

Zdarzało się jednak, że byłam w miejscu, gdzie z zasady nie wyciągnęłabym aparatu, na przykład w świątyni lub na pogrzebie. Byłam obok, ale nie fotografowałam. Tymczasem ludzie, których właśnie obserwowałam, sami podchodzili i prosili o zrobienie zdjęcia. Mam mnóstwo fotografii, których normalnie bym nie zrobiła, gdyby nie to, że ktoś o nie poprosił. Filmowałam cały pogrzeb, ceremonię pożegnalną w Wietnamie, na którą natknęłam się chodząc wąskimi uliczkami miasta. Jej uczestnicy sami poprosili mnie, bym została z nimi i nakręciła wszystko, mam więc na filmie całą uroczystość.

Jest jednak cała masa zdjęć, których nie zrobiłam, a które strasznie chciałabym mieć. Są też takie, których nigdy nie opublikuję. To jest kolejna kwestia. Często jesteś gdzieś, gdzie obecność aparatu staje się częścią Twojej obecności i jest aprobowana przez fotografowanych. Zdarza się wtedy uchwycić momenty magiczne, bardzo osobiste, pełne emocji. Większość moich ukochanych kadrów pokazuje poziom intymności, który zawahałabym się upublicznić bez pokazania ich wcześniej osobie, która jest na zdjęciu.

Samotność

„W Polsce często byłam sama. Sama w domu, sama w drodze do kina, sama w parku. Fizyczna samotność, z wyboru i pod pełną kontrolą. To jest zupełnie inny stan (o który nota bene nadal często zabiegam, bo akurat o tę fizyczną samotność w Azji niesamowicie trudno). Samotność w podróży jest z zupełnie innej gliny. Oznacza, że znika wokół Ciebie prawie wszystko, czym latami sami się obwarowujemy i czym służy nam za podporę społeczeństwo.” Razem czy osobno? Jakie podróżowanie wolisz teraz, po 4 latach? Które bardziej do Ciebie pasuje?

Zdecydowanie samotne.

Dlatego, że podróżująca para tworzy swój własny świat, do którego inni rzadziej pukają?

To także. Ale przede wszystkim dlatego, że samotność jako taka w tej podróży była bardzo cenna i nie oddałabym tego doświadczenia za nic. Samotność oznacza też wolność, bycie ze sobą. Jesteśmy często wychowywani tak, że wszystko co robimy, ma być dla kogoś, ma być na pokaz, na zewnątrz i ciężko nam jest być po prostu samemu lub samej ze sobą. Samotna podróż powoduje, że jesteś wyczyszczony ze wszystkiego, co mogłoby tą samotność zaburzać. Dopiero kiedy jesteś gdzieś daleko i wiesz, że naprawdę wielka odległość dzieli cię od spotkania z inną osobą z twojego kręgu kulturowego, wtedy naprawdę czujesz jak bardzo jesteś sam.

To jest tak, jakby pójść w góry samemu lub samotnie pożeglować na morze wiedząc, że będzie się kompletnie odciętym, a pójść lub pożeglować ze świadomością, że idzie za tobą ktoś, kto cię wspiera. To nie jest ten sam stan umysłu.

Czy samotność to uczucie, które zmienia się z czasem?

Naturalnie. Tak jak jest różnica w byciu samemu przez kwadrans i przez trzy godziny.

„Podróżowanie jest fantastyczne, kiedy możemy wybierać. A co w chwili, kiedy okaże się, że droga powrotu do dawnego życia jest zamknięta i nie potrafimy już wrócić?”

Moja samotność była wspaniała przez półtora, może dwa lata, aż któregoś dnia uderzyło mnie, że może to być droga, z której nie ma powrotu, że jeszcze trochę, a nie będę w stanie żyć nie podróżując. Z taką refleksją bardzo ciężko się zmierzyć.

Podróżowanie jest fantastyczne, kiedy możemy wybierać. A co w chwili, kiedy okaże się, że droga powrotu do dawnego życia jest zamknięta i nie potrafimy już wrócić? Że teraz możemy tylko zostać wiecznymi nomadami? Tymczasem bycie wiecznym tułaczem pozbawia cię automatycznie bardzo wielu rzeczy, choćby możliwości bycia z kimś. Podróż to nie wieczne wakacje, sam o tym wiesz, zatem mało jest ludzi, którzy potrafią żyć cały czas w drodze, będąc w związku z drugą osobą. Takie wieczne podróżowanie oznacza, prędzej czy później, skazanie się na samotność. Ty i twoi znajomi macie coraz mniej wspólnego ze sobą, żyjecie w innych światach. Samotność to nie tylko kwestia bycia z partnerem, ale cała sieć dalszy i bliższych Ci ludzi z którymi dzielisz codzienność.

A czy pomimo tego kryzysu udało Ci się tę samotność oswoić, pogodzić się z nią?

Tak. Oczywiście zawsze pozostają pytania. Czy nie jest tak, że będąc sama – acz uważam ten stan za fantastyczny – otwieram sobie jakieś drzwi, równocześnie z trzaskiem zamykając inne. Nie wiem czy będę potrafiła wrócić do świata w którym wcześniej żyłam. Ale czy chcę wrócić? Może kiedyś. W tym momencie nie.

Jak samotna Europejka mogła podróżować przez Afganistan? Przeczytaj druga część rozmowy.

12 komentarzy

  1. Marlena

    Bardzo ciekawa rozmowa! czekam na więcej 🙂

  2. Świetna rozmowa. Czytałam powoli, niektóre zdania po kilka razy… Bardzo czekam na ten Afganistan!

  3. Wspaniała rozmowa. Oczywiście jest pełno wywiadów o kobietach w podróży, ale takiego to jeszcze nie widziałem. 🙂

  4. Ciekawa rozmowa. Bardzo fajne przemyślenia. Będę zaglądać tu częściej 🙂

  5. Aleksandra

    Panie Łukaszu, dziękuję za ten wywiad i czekam na kolejny tekst. Katarzyna jest niesamowita!

  6. Witajcie,
    dziękuje Wam bardzo za wszystkie komentarze, a Łukaszowi ponownie za świetną rozmowę!

    Każde Wasze dobre słowo dużo dla mnie znaczy. Raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam serdecznie z falującego upałem Meksyku!

    Kasia

  7. Oby więcej takich inspirujących rozmów! I życzę powodzenia w Meksyku 🙂

  8. Marcelina

    Świetny tekst i bardzo ciekawe przemyślenia. Mieszkałam pół roku w Indiach i zgadzam się co do tego, że jeśli człowiek wyjdzie ze swojej strefy komfortu to jest w stanie zobaczyć o wiele więcej niż przeciętny turysta, i równie inaczej jest traktowany.

  9. Bardzo przyjemnie czyta się tego bloga i opowieści. Trzeba mieć w sobie wiele pozytywnej energii żeby tak podróżować. Ja wytrzymywałem zazwyczaj dwa miesiące. Oprócz pięknych chwil w podróży miałem też przykrości. W Iranie okradła mnie rodzina u której mieszkałem, a w Rio ledwo uszedłem z życiem. Zostałem napadnięty przez bandę nożowników, straciłem sprzęt foto i byłem zdruzgotany. Ciężko się podnieść… Tak długie podróże zrobiły na mnie duże wrażenie. Gratuluję wytrwałości i zazdroszczę odwagi. Pozdrawiam

  10. Felicja

    Ciekawy wywiad, daje do myślenia, składnia do refleksji – kobieta w podróży w nowej odsłonie.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *