Ten wpis obiecywałem już dawno, zanim wyruszyłem na przejście Łuku Karpat. A skoro ostatnia przygoda w tym sezonie zakończyła się, przyszedł czas na podsumowanie tegorocznych wędrówek. Na początek wcześniejsza, do Santiago de Compostela. Kilka statystyk znajdziesz we wpisie sprzed dwóch miesięcy. Liczby nie są jednak żadną wskazówką. To wpis dla tych, którzy planują podobną drogę lub tylko nieśmiało o niej myślą.

Pierwsze pytanie brzmi:

Iść? Nie iść?

Dla kogo jest ta droga?

Dla ludzi cierpliwych, potrzebujących czasu dla siebie, nie spieszących się. Dla wytrzymałych na złą pogodę, niewygody, zmęczenie fizyczne, potrafiących przezwyciężyć chwilowe zwątpienia. Dla wierzących, wątpiących i szukających, chcących poznać i zrozumieć świat. Dla każdego, kto ma otwarty umysł i chce sam szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania. Dla szukających wyciszenia samotników. Dla par, chcących umocnić swój związek. Dla każdego, kto NAPRAWDĘ tego chce.

Jeśli czujesz, że chciałbyś/-abyś wyruszyć na tę drogę i ta myśl, podobnie jak mnie przed rokiem, prześladuje Cię, to prawdopodobnie jest ona dla Ciebie.

Zastanów się jednak dobrze. Jeśli Twój najdłuższy marsz w życiu nie przekroczył 100 kilometrów, ciężko Ci znieść trudy podróży, w drodze potrzebujesz luksusów, masz skłonność do łatwego poddawania się, lepiej przełóż ten plan na później. Spróbuj najpierw przejść jakąś krótszą trasę, najlepiej w terenie znanym i nietrudnym. A potem stopniowo zwiększaj trudności i dystanse. Jak wytrzymać długi marsz? Przeczytaj TU.

Nie ma natomiast znaczenia czy jesteś chrześcijaninem, czy nie. Na drogę do Santiago wyruszają ludzie wielu religii i światopoglądów – sam jestem tego przykładem. Jak powiedziała spotkana po drodze kobieta: „Czy Święty Jakub jest pochowany w katedrze? Może tak, może nie. Czy to takie ważne? Ważne, że jest to piękna historia, która porusza miliony ludzi. To wystarczy”.

Jak długa jest droga?

Droga z Warszawy do Santiago zajęła mi 108 dni, w tym 5 dni odpoczynku. Na zakończenie ostatni dzień relaksu, a potem dwudniowa droga do Finisterry. Cała pielgrzymka trwała więc 111 dni. Mam jednak długi i szybki krok, a na szlakach raczej wymijam niż jestem wymijany, dlatego każdemu, kto wyrusza na tę trasę radziłbym: dodaj do tej liczby 2-3 tygodnie. 4 miesiące to rozsądne minimum, by z centralnej Polski dotrzeć nad Atlantyk, nie zamieniając pielgrzymki w wyścig z czasem. Najgorsze co można zrobić, to dać sobie zbyt mało czasu, a potem gonić, bez zastanowienia łykając kilometry. Jeśli taka pielgrzymka ma być czasem także duchowej przemiany, refleksji, zastanowienia nad sobą, trzeba dać sobie czas i nie śpieszyć się.

Kiedy wyruszyć?

Najlepszy okres na tę wędrówkę to, według mnie, miesiące maj – październik. Wyruszywszy z Warszawy w kwietniu trafiłem jeszcze na zaspy śniegu wokół Puszczy Kampinoskiej. Dzień także był dość krótki. Opuszczając Polskę pod koniec kwietnia wiedziałem też, że do Hiszpanii dotrę na początku lipca, gdy szlaki pielgrzymkowe będą najbardziej zatłoczone. Nie przejmowałem się tym, postanowiłem przyjąć Camino takim, jakim będzie. Jeśli chcesz wędrować w towarzystwie innych pielgrzymów, okres lipiec-sierpień będzie dobry. Ale jeśli jesteś typem samotnika, będziesz wolał/-a dotrzeć do Hiszpanii we wrześniu lub październiku. Pogoda jest wtedy wciąż dobra, a szlaki i schroniska pustoszeją. Jeśli wędrujesz na nogach z Polski, polecam Ci wyruszyć około 15 maja. Idąc średnio 30 km dziennie, dotrzesz do Santiago pod koniec września.

Taki wybór ma kilka zalet:

  • dzień jest długi przez cały okres wędrówki (nie maszerujesz po ciemku),
  • temperatury pozwalają zabrać mniejszy zestaw ubrań,
  • unikasz największych upałów w Hiszpanii,
  • wędrujesz hiszpańskim Camino po sezonie.

Gdybym miał możliwość, swoją wędrówkę odbyłbym właśnie w tym terminie.

Tempo marszu

Po pierwszych 10 dniach aklimatyzacji (albo raczej walki) mój marsz stał się zupełnie komfortowy i od tego czasu pokonywałem średnio 35-36 km. W ciągu 111 dni wędrówki zrobiłem 6 dni kompletnego odpoczynku, podczas których nie ruszałem się w ogóle. Były też krótsze, kilkugodzinne postoje w drodze. Największy dystans dzienny to 55 km, w całości po asfalcie, w południowej Francji oraz 47 km i  1000 metrów podejść na hiszpańskim Camino Primitivo (ze wsi Borres do miasteczka  Grandas de Salime). Nie podejrzewam jednak każdego o podobne tempo. Lepiej założyć mniej optymistyczną prędkość, a potem mieć więcej czasu, niż śpieszyć się, tracąc całą przyjemność z wędrowania.

Długości odcinków jakie przeszedłem w poszczególnych krajach są trudne do określenia, dlatego podaję je szacunkowo. Wyjątkiem jest oczywiście Hiszpania, gdzie dystans jest mierzony precyzyjnie:

Polska – 750 km
Czechy – 350 km
Niemcy – 700 km
Francja – 1200 km
Hiszpania – 920 km
RAZEM – 3920 +/- 100 km

Co zabrać?

Listę sprzętu, jaki zabrałem w drogę do Santiago, znajdziesz tutaj. Pakując się chciałem zejść z wagą bagażu do 8 kg. Nie udało się, ostatecznie plecak ważył około 11 kg plus jedzenie i woda.

Ubrania

O ubraniach pisałem już na półmetku wędrówki. Podstawowy zestaw jakiego używałem to: koszulka + koszula z długim rękawem + bluza PowerStretch. Sprawdził się w każdych okolicznościach. Jedna z koszulek jakie miałem, wykonana z lnu, nie wytrzymywała tarcia o pas biodrowy. Druga, wykonana z mocnej mieszanki poliester/nylon, wytrzymała wszystko. Bardzo dobrze sprawdziła się bluza z PowerStretch’u. Jest bardzo ciepła, dobrze uszyta, a przedłużony tył oraz „łapki” jakimi zakończone są rękawy, dodatkowo chronią na zimnie.  PowerStretch to materiał z rodziny Polartec, najlepszy jakiego dotychczas używałem. Właściwościami termicznymi dorównuje grubym materiałom, a jednak jest lekki i zajmuje niewiele miejsca.

Buty

Lekkie Salomony ostatecznie doszły ze mną na przylądek Finisterra i tam zostały. Ostatnich 900 km przeżyły tylko dzięki łataniu dziurawej podeszwy kawałkiem opony rowerowej. Droga do Santiago nauczyła mnie, że moje kolejne buty muszą mieć:

  • szerszy przód – w drodze przez Mazowsze stopy spuchły mi tak, że prawie przestały mieścić się w środku;
  • grubszą i odporniejszą mechanicznie podeszwę – guma „Contagrip” przetarła się po 2000 km, to dość duża odległość, ale mimo wszystko – to tylko 2 miesiące wędrówki,
  • membranę lub dobrą impregnację, chroniącą przed deszczem; gdy spadał deszcz, kombinacja skóry i materiału przemakała w 2-3 minuty.

Buty to jeden z kluczowych elementów na tak długiej drodze i od ich dobrego wyboru może zależeć powodzenie całej wędrówki. W Hiszpanii wielokrotnie widziałem ludzi, którym złe obuwie przemieliło nogi do krwi czy spowodowało bolesne kontuzje. W schronisku w Bilbao minął mnie pielgrzym, któremu lekarz właśnie skończył opatrywać stopę – wyglądała jak w gipsie, tak gruba była warstwa bandaży na niej. Oczywiście gość miał wędrówkę załatwioną na kolejny tydzień lub więcej. Nie zdziwiłbym się, gdyby musiał wrócić do domu.

Najczęstszy błąd to zabieranie zbyt sztywnych i wysokich butów. Pielgrzymi traktują Camino jako treking górski, nie przewidując, że przez większość czasu będą szli łatwymi, żwirowymi drogami i ścieżkami, dość często asfaltem, a bardzo rzadko prawdziwa górską ścieżką. Odcinek hiszpański pokonuje się często w upale. W takich warunkach but górski gromadzi wilgoć wewnątrz, powoduje obtarcia i odciski. Jeśli dodatkowo kupisz model z membraną, noga będzie się czuła jak w piekarniku.

Jaki jest najlepszy rodzaj butów na wędrówkę do Santiago? Moim zdaniem są to buty NISKIE, nie sięgające powyżej kostki, lekkie i bez membrany. I z solidną podeszwą, która nie zetrze się w połowie drogi. Taki rodzaj buta będzie Ci się nosiło znacznie przyjemniej, stopy będą znacznie lepiej oddychać, a szansa na zarobienie obtarć, odcisków itp. znacznie spada.

Plecak

35-litrowy plecak HiMountain Tawoche z początku wyglądał na ideał. Lekki jak piórko, wygodny, a przy tym mocny. Problemy zaczęły się po kilku tygodniach. We znaki dawał mi się zbyt miękki pas biodrowy i źle wszyty stelaż. Plecak ma boczny suwak, co powinno w teorii ułatwić dostęp do wnętrza, jest on jednak zbyt krótki. Brakuje w nim też zdecydowanie pokrowca przeciwdeszczowego, gdyż sam materiał, zwłaszcza w klapie, przecieka nawet w drobnym deszczu.

Kuchenka

Używałem zestawu kuchenka MSR Pocket Rocket i menażka Primus EtaPower. Traf sprawił, że mojego MSR-a uszkodziłem w drodze, przez ostatnich kilka lat jestem jednak bardzo zadowolony z tego połączenia. Na czym polega jego „magia”? Menażka wyposażona jest w radiator, rodzaj ekranu wykonanego z powyginanej blaszki aluminiowej, przylutowanej do jej dna. Taki wynalazek pochłania niemal całe ciepło wytwarzane przez płomień, w dodatku idealnie pasuje do trzech ramion maszynki. Odkryłem szybko, że pozwala nie tylko na szybkie zagotowanie wody, ale daje duże oszczędności gazu. 400 g mieszanki propan/butan (niecała butla) starczyło mi na 5 tygodni.

Apteczka

W kwestii medycyny – rozsądne minimum (o apteczce więcej przeczytasz w tym artykule). Na długą wędrówkę przez Europę warto brać tylko mały zestaw, niezbędne rzeczy i tak można kupić po drodze. Miałem więc ze sobą: bandaż elastyczny, plastry, paracetamol, nifuroksazyd i loperamid na zatrucia pokarmowe, folia NRC, maseczka do sztucznego oddychania i parę lateksowych rękawiczek. Nic więcej. Trzy ostatnie z myślą o niesieniu pomocy innym, nie sobie, na szczęście nigdy się nie przydały. Wszystkie inne lekarstwa można, w razie potrzeby, kupić po drodze. Taki zestaw mieścił mi się w dłoni i nie ważył prawie nic. Po drodze zacząłem brać multiwitaminę, aby wyrównać braki w diecie. Żadnych smarowideł na bolące stawy, antybiotyków, adrenaliny w zastrzykach i innych wynalazków.

Tylko raz zdarzyło się, abym potrzebował interwencji lekarza. Było to jeszcze w Polsce, kiedy biwakując w lesie złapałem kleszcza. Ponieważ utkwił w szyi, musiałem poprosić o pomoc pracowników pobliskiego szpitala.

Osobny, ale powiązany z tym temat to…

Ubezpieczenie

Ktoś spytał w komentarzach czy miałem. Nie. Ubezpieczenie zazwyczaj zabieram w góry wysokie (Alpy, Tatry), na wypadek akcji ratunkowej. W drodze przez Europe po prostu nie spodziewałem się kłopotów. Skalkulowawszy ryzyko uznałem, że prawdopodobieństwo jakiegoś wypadku jest na tyle niskie, że nie będę inwestował w ubezpieczenie. Zwłaszcza, że sprzedające je firmy obwarowują je dziesiątkami zastrzeżeń i wyjątków.

Gdzie spać (i w czym)?

Mój wybór był prosty: idąc na lekko nie biorę namiotu i szukam schronień tam, gdzie to możliwe. Czasem udawało się pod dachem, częściej gdzie popadnie. W lesie mogła to być wiata dla turystów, we wsi stodoła, opuszczony dom, przystanek autobusowy, nawet most. Gdy pogoda była dobra często kładłem się na skraju jakiejś łąki, z dala od ludzi, z plecakiem pod głową. Nigdy nie miałem problemów spowodowanych takim trybem życia, policja wylegitymowała mnie tylko raz, w Czechach.

Brak namiotu sprawiał, że nie mogłem spać w dowolnym miejscu i musiałem szukać osłony przed deszczem. Z drugiej strony jego brak oznaczał oszczędność ponad 1 kg bagażu. To bardzo dużo, w drodze do Santiago czułem każdy dodatkowy kilogram. Zestaw śpiwór + płachta biwakowa wystarczył nawet w zimne dni, gdy temperatura spadała do kilku stopni. Moja płachta nie jest jednak kompletnie wodoszczelna – silny deszcz przemoczył ją kilka razy. Wniosek – jeśli nie masz płachty z membraną, mimo wszystko poszukaj schronienia.

Będąc już w Hiszpanii pozwoliłem sobie na noclegi w schroniskach. Głównym powodem były upały. Po całym dniu wędrówki nie marzyłem często o niczym więcej, jak o prysznicu i skrzypiącym, ale wygodniejszym od karimaty łóżku. Prawie zawsze wybierałem schroniska publiczne (albergue municipal), płatne 5-6 euro lub donativo. Ale kiedy warunki sprzyjały, także w Hiszpanii spałem pod niebem, zazwyczaj na plaży.

Specyficznym odcinkiem Camino jest szlak biegnący przez Francję, na odcinku Le Puy – Saint-Jean-Pied-de-Port. Dużo mniej popularny niż hiszpańskie, posiada schroniska miejskie i prywatne (tych drugich jest zresztą dużo więcej), ceny oscylują jednak w zakresie 18-30 euro. We Francji nie zajrzałem więc do żadnego.

Nie mogę na koniec nie wspomnieć o tych najlepszych noclegach, jakich udzielili mi ludzie, czasem zupełnie przypadkowo spotkani w drodze. W każdym kraju przynajmniej raz zdarzyło się, że ktoś bezinteresownie przyjął mnie w swoim domu. Dwa razy zdarzyło się to na moją prośbę: w zgromadzeniu sióstr w Głogowie oraz w klasztorze, w bawarskim Eichstätt. Częściej jednak to ktoś zatrzymywał mnie, zapraszając do siebie. Ani razu nie skorzystałem z CouchSurfingu, gdyż nie potrafiłem dokładnie przewidzieć gdzie i w jakim tempie będę szedł. Aż trzy zaproszenia (San Sebastian, Santiago i francuskie Tillac) zawdzięczam jednak mojej stronie na Facebooku (dzięki dziewczyny!).

Nawigacja

Na odcinku Warszawa – Ulm (granica Badenii-Wirtembergii) korzystałem z map zabranych jeszcze z Warszawy. Po drodze kupiłem jeszcze mapy: zachodnich Niemiec i wschodniej Francji. Potem wystarczyły mi darmowe mapy, które znajdowałem w informacjach turystycznych i małe przewodniki. Na szlaku z francuskiego Le Puy używałem małego, ale dobrego przewodnika Michelina:

Na szlaku hiszpańskim zaś, z przewodnika „The Northern Ways to Santiago” znalezionego w drodze. Ten ostatni możesz przejrzeć za darmo na stronie Kraju Basków.

Zdecydowanie warto zabrać kompas. Przydaje się w lesie, w górach i wszędzie tam, gdzie szlaków pielgrzymich brak.

Jedzenie i zaopatrzenie

O zaopatrzeniu w jedzenie pisałem już częściowo w artykule o freeganizmie. Jeśli nie mogłem zdobyć jedzenia za darmo, korzystałem z obecnych wszędzie sklepów i marketów. Kupując, nie robiłem zapasów na więcej niż 2 kolejne dni. Nawet gdy szlak prowadził przez góry, miasteczka i wsie mijałem na tyle często by nie musieć robić zapasów. Przez pierwsze tygodnie korzystałem z maszynki gazowej do przygotowywania ciepłych posiłków. Gdy skończyło mi się paliwo, zmieniłem moją dietę na „suchy prowiant”. No, może nie dosłownie, ale w warunkach Europy Zachodniej nie potrzebowałem już gotowanych posiłków. Wystarczyło mi to, co kupiłem bądź znalazłem.

No i najważniejsze, czyli…

A ile to, przepraszam, kosztuje?

Oto szczegółowy budżet mojej pielgrzymki do Santiago, obejmujący w większości wyżywienie:

KRAJ ILOŚĆ DNI BUDŻET NA KRAJ (EURO) BUDŻET DZIENNY (EURO)
POLSKA 22 38 1,73
CZECHY 10 20 2,00
NIEMCY 16 50 3,13
FRANCJA 35 110 3,14
EUROPA BEZ HISZPANII 83 218 2,63
HISZPANIA 28 180 6,43
RAZEM 111 398 3,59

Koszt przygotowań przed wyruszeniem w drogę był niemal zerowy. Sprzęt jaki zabrałem miałem już wcześniej. Mapy nie kosztowały mnie nic, były efektem umowy „sprzęt w zamian za pokaz zdjęć z podróży” z zaprzyjaźnionym sklepem. Jedzenie na pierwsze 4 dni wędrówki przez Polskę również prawie nic nie kosztowało.

Z powyższego zestawienia łatwo zauważysz coś zaskakującego. Niespełna miesięczne przejście Hiszpanii kosztowało prawie tyle samo, ile wszystkich poprzednich krajów razem wziętych. Powodów było kilka. Pierwszy: freeganizm, a więc zdobywanie darmowego jedzenia, działało tam słabo. Drugi: stan mojego budżetu poprawił się. I trzeci: zależało mi na tym, by poznać szlak hiszpański także od strony kulturowej, czasem pozwalałem sobie więc na nocleg w schronisku, śniadanie w barze czy butelkę cydru na wieczorne spotkanie ze znajomymi. Gdybym się jednak uparł, całą Hiszpanię mógłbym przejść za około 100 euro, co zmniejszyłoby budżet całej pielgrzymki do 320 euro. Średnie dzienne wydatki spadłyby wtedy z 3,6 do 2,9 euro. 3 euro dziennie!

Do budżetu nie wliczam powrotu samolotem. Gdyby nie pilne sprawy w Warszawie, wracałbym do domu autostopem.

Języki

W Czechach porozumiewałem się mieszaniną polskiego i czeskiego, angielski także czasem pomagał.

W Niemczech musiałem wydobyć z pamięci zapomniane podstawy niemieckiego. Znając najważniejsze słowa, zwroty i liczebniki zaskakująco szybko zacząłem się dogadywać, a nawet prowadzić krótkie rozmowy. Wiele osób zna angielski, ale nie zawsze mogłem na nim polegać.

Francja to lekka katastrofa. Nigdy nie potrafię zrozumieć, z czego wynika fakt, że Francuzi po prostu nie mówią po angielsku. Zwłaszcza młodzi. Ich miłość własnego języka musi być wielka. Przez kilka tygodni nauczyłem się podstawowych nazw, liczebników i zdania „idę szlakiem Świętego Jakuba do Santiago de Compostela”. W sklepach produkty pokazywałem palcami, cenę sprzedawca wystukiwał na kalkulatorze i tak to szło. Tym większym skarbem okazywała się każda osoba władająca angielskim.

W Hiszpanii jest trochę lepiej, choć wielu hospitaleros w schroniskach mówi tylko po hiszpańsku, czasem też po francusku. Na szczęście na szlaku spotyka się tak wielu ludzi, że ktoś z pewnością pomoże Ci w porozumieniu się z miejscowymi. Wielu hiszpańskich pielgrzymów mówi dobrze po angielsku.

Zdrowie – jak reagowało ciało na taki wysiłek?

Do wyruszenia w taka drogę nie przygotowywałem się fizycznie. Poprzednie wędrówki nauczyły mnie, że kondycję wyrabiamy się podczas marszu, jeśli mamy dość czasu. Nie ćwiczyłem, nie biegałem, po prostu żyłem dość aktywnie, aż pewnego dnia wyruszyłem w drogę.

Pierwsze dni były najgorsze. Marsz asfaltem sprawiał, że już trzeciego dnia każdy krok sprawiał ból. Zewnętrzne łuki stóp były jak stłuczone, moje tempo spadło do około 20 km dziennie. Nierozchodzone buty dodatkowo pogarszały sprawę. Po tym trudnym początku wyleczyłem moje stopy dopiero w Poznaniu, później jednak nie sprawiały już żadnego kłopotu. Dopiero ostatnie dwa dni przed Santiago przeszedłem w bandażu elastycznym na kostce. Tym razem zawiniła podeszwa buta. Na ostatnim odcinku była już tak zdarta, że właściwie nie amortyzowała mojego kroku.

Kręgosłup, o dziwo, nie sprawiał mi kłopotów. Zawdzięczam to lekkiemu plecakowi.

Zaskoczyło mnie jednak, jak mocno długi marsz dał się we znaki stawom biodrowym. Przez 4000 kilometrów moje nogi wykonywały ruch tylko w jednej płaszczyźnie, przód-tył i tak w kółko. Po kilku miesiącach zauważyłem, że biodra „zapomniały” jak to jest ruszać nimi w innych kierunkach, do tego stopnia, że siad po turecku na podłodze przyprawiał czasem o bolesne skurcze. Zdecydowanie, warto czasem rozciągnąć stawy i mięśnie podczas takiej drogi.

W Hiszpanii problemem stało się upalne słońce. 32 stopnie w cieniu były normą. Podczas długiego dnia marszu piłem nawet 4 litry wody, której źródła trafiają się na szczęście często. W górach woda była zawsze czysta i nie musiałem jej uzdatniać. Zatrucia pokarmowe dopadły mnie raz czy dwa, ale nie były uciążliwe.

Wiele osób chroniło się przed słońcem używając kremów z filtrem. Ja zastosowałem inną taktykę: używałem czapki z dużym daszkiem i osłoną na kark, uszy i skronie. Gdy słońce świeciło mi w twarz, używałem tylko małego sztyftu, którym smarowałem usta i policzki. To działało dużo lepiej niż nakładanie kremu na cała twarz – w upale i tak szybko bym go wypocił. Długie spodnie i koszulka chroniły wystarczająco resztę ciała.

Samemu czy razem?

Ktoś z czytających tego bloga spytał „Doskwierała ci czasem samotność?”. Nie. Samotność lubię i częściej jej szukam, niż od niej uciekam. Także w drodze do Santiago.

Na szlaku Świętego Jakuba człowiek rzadko jest naprawdę sam. Ostatnie 1500 km, z francuskiego Le Puy do Santiago, to wędrówka z ludźmi lub wśród ludzi. W drodze przez Hiszpanię wielokrotnie zdarzyło mi się iść z kimś przez cały dzień lub więcej, potem jednak rozdzielaliśmy się. Po pewnym czasie na szlaku zaczynamy spotykać tych samych ludzi, idących podobnym tempem. Pojawiają się znajomości, sympatie.  Idąc z kimś do Santiago szybko poznasz wiele szczegółów jej/jego życia, czasem bardzo osobistych. Wspólna droga przełamuje bariery. Miło było spotykać się z takimi osobami wieczorem, w schronisku i porozmawiać.

Camino Norte Santander

Ludzie na szlaku zazwyczaj szanują jednak czyjąś indywidualność. Jeśli wolisz iść samotnie, nie ma problemu. Tylko dwa razy zdarzyło mi się, że ktoś trochę zbyt natarczywie, choć bez złych intencji, chciał towarzyszyć mi w drodze, ale wykręcałem się.

Typowym widokiem na Camino są pary lub rodziny. Jeśli ktoś uważa, że trudy wspólnej wędrówki mogą umocnić jego związek – czemu nie? Chociaż… zanim wybrałbym się z kimkolwiek na 4000 kilometrów, wolałbym sprawdzić, jak dogadujemy się na trasie 10 razy krótszej.

Na koniec napiszę coś, co niektórym pielgrzymom może wydawać się dziwne, wynika jednak z mojego osobistego doświadczenia: droga do Santiago, jeśli ma być pielgrzymką, lepiej smakuje w samotności. W samotnej wędrówce nie ma nikogo, kto za Ciebie stawi czoła przeciwnościom. Nie ma nikogo, kto będzie Cie poganiać lub opóźniać. Prawdziwe skupienie, możliwość przemyślenia swojego życia i rozliczenia się z sobą, dokonuje się w ciszy, której druga osoba nie zawsze potrafi uszanować. Jeśli któregoś dnia będziesz w nastroju na refleksję, a ktoś idący obok Ciebie na rozmowę, łatwo o negatywne emocje między Wami. Wspólna pielgrzymka wymaga znajomości swoich charakterów, uszanowania potrzeb i zostawienia drugiej osobie dużej przestrzeni osobistej.

A co z samotnymi kobietami? Po powrocie z Azji napisałem kiedyś kilka słów na ten temat w artykule „Faceci to świnie”. Na drodze do Santiago samotne kobiety są jednak normą, nie ma więc żadnych obaw. Bez względu na płeć, zachęcam każdego, kto mnie spyta: idź do Santiago samotnie.

Pisać bloga czy nie?

W czasach, gdy kontakt fizyczny zastępują nam media społecznościowe, pisanie bloga z podróży zaczyna być postrzegane jako obowiązkowe. Czy pisać bloga z pielgrzymki do Santiago? Odpowiedź brzmi: to zależy.

Jeśli wędrujesz popularną trasą, której opisy znaleźć można w każdym przewodniku, nie warto. Internet pełen jest blogów, których autorzy opisują swoje miesięczne wakacje w Grecji bądź Egipcie i ograniczają swoje opisy do zdań typu „byłem… widziałem…”. Nikogo nie zainteresuje tysiąc któryś tam opis tego samego zabytku. Popularnego szlaku do Santiago także.

Jeśli Twoja strona ma być przez kogoś czytana, musi istnieć w sieci przez dłuższy czas. Nie zdobędziesz czytelników w czasie dwumiesięcznej wędrówki. No, chyba, że prowadzisz bloga tylko dla rodziny i znajomych.

Dźwiganie nawet małego komputera obciąża plecy, a presja, aby co kilka dni zdawać relacje ze swojej drogi, obciąża umysł. Sam niekiedy obserwowałem to u siebie. Jeśli w każdej chwili mogę sprawdzić skrzynkę e-mail lub wiem, że mam do opisania minione trzy dni, trudno skupić się na wędrówce i tym, co przeżywam tu i teraz. Gdybym miał więc wyruszyć do Santiago po raz kolejny, komputer zostałby w domu. Zamiast niego wziąłbym jednak notatnik i w wolnych chwilach zapisywał swoje refleksje. Na szczęście kawałek kartki i długopis działają wszędzie, także gdy nie ma prądu. Staromodne? Być może. Ale nie znam lepszej metody, by utrwalić wspomnienia i emocje, które inaczej przepadły by w niepamięci.

Na zakończenie

Nawet jeśli jest to Twoim marzeniem, wizja kilku tysięcy kilometrów może przerażać. Camino jest jednak drogą, która opiekuje się wędrowcem, poprzez innych ludzi lub zdarzenia. Wiem, że to dziwne słowa, zwłaszcza gdy pochodzą od osoby niereligijnej, ale doświadczyłem tego sam. A więc nawet jeśli wątpisz, wyjdź na drogę, a niezwykłe rzeczy zaczną się dziać szybciej, niż sądzisz. Tak jak w słowach ś.p. Piotra Morawskiego:

Jeśli naprawdę chcemy, marzenia się spełniają. Nasza determinacja jest w stanie pokonać wiele barier, które na pierwszy rzut oka są nie do pokonania. Nie znamy przecież do końca naszych możliwości. Trzeba próbować, a nie od początku myśleć, że nie da się, bo jest za trudne. Nagle świat się otwiera. A my patrzymy wstecz i przebyta droga wydaje się taka krótka. Przed nami wielka niewiadoma, która czasem może przerażać. Jednak niewiadoma staje się wiadomą, a my potem znowu spojrzymy wstecz i okaże się, że wszystko było takie łatwe.

 

24 komentarze

  1. Łukaszu. Pomijając fajną konstrukcję i wartość praktyczną tego wpisu (brakuje takiego pisania w blogowaniu podróżnicznym) ściągam czapkę z mej głowy i… wielki, niesamowicie szczery szacun 🙂

    pozdrawiam

  2. DZięki za świetny poradnik,mam nadzieje że jak będę się w przyszłym roku wybierał w drogę to będę mógł z niego jeszcze raz skorzystać 😛

  3. Niesamowita relacja i bardzo wyczerpująca. Podziwiam, bo jej opracowanie zajęło z pewnością wiele godzin…

  4. Takiego bloga, takich opisów, porad szukałem od dłuższego czasu. O takich wędrówkach marzę. Potrafisz zachęcić. A jak z czytaniem w drodze? Bez książek nie wyobrażam sobie tak długiego czasu. Oczywiście papierowe wydanie nie wchodzą w grę, bo ważą. Najwyżej czytnik elektroniczny. Ale moje pytanie: czy po każdym dniu wędrówki miałoby się jeszcze siły na przeczytanie choć jednego rozdziału?

    • Ja rzadko mam siłę. Jeśli mam książki, to tylko w formie PDF-ów na komputerze. W góry nie zabieram nic do czytania. czas tam spędzony służy przewietrzeniu głowy i odcięciu się od świata. Poza papier zaw2sze trochę waży.

  5. W 2012 roku przeszliśmy z mężem Camino Frances (z Saint-Jean-Pied-de-Port) i droga tak mocno się w nas zakorzeniła, że nie możemy przestać o niej myśleć. W maju tamtego roku byliśmy na Camino a Fisterra y Muxia (nie dostaliśmy urlopu na więcej), w tym roku, jeśli negocjacje z szefem się powiodą idziemy jesienią na Camino Norte 🙂 To cudowne czytać ludzi, dla których camino też tyle znaczy 🙂
    Naszym największym marzeniem jest właśnie droga do Santiago z Polski – choć na razie pozostaje to tylko w kwestii marzeń, bo nie mamy szans na tyle wolnego w pracy (6 tygodni to już i tak trochę za dużo dla naszych szefów i ledwo się na to zgadzają) – mam nadzieję, że kiedyś się spełni 🙂
    A na razie mam nadzieję, że z roku na rok uda się nam powoli przejść drogę z Le Pyu, Camino Aragonese/Arles, Chemin de Lyon/Cluny, Camino Portugues, Camino Catalan (a z niezwiązanych z Santiago dróg śni mi się po nocach Via Francigena i St. Olav’s way) 🙂 Może kiedyś się uda, jeszcze wiele życia przed nami 😉

    Tak czy siak – chciałam tylko pozdrowić Cię jako pielgrzym i napisać, że jestem pod wrażeniem Twoich opisów i Twojej drogi.
    Buen Camino! Ultreia!

    • Droga z Le Puy jest warta przejścia, zdecydowanie ją polecam! Szlak w okolicach Cluny także, choć to teren dla samotników i to samowystarczalnych, bo schronisk tam niewiele. Powodzenia w realizacji tego planu! Taka ilość dróg wystarczy, by wędrować latami.

  6. Dzięki Łukasz za propagowanie i zachęcanie do wyjścia na camino i nie tylko. Choć w jednej z Twoich relacji pojawiło się stwierdzenie, że polskie drogi tak naprawdę nie istnieją, to zachęcam zainteresowanych ideą camino do wędrowania polskimi jakubowymi drogami.

  7. Marlena

    Podpisuję się dwiema rękami i swoim doświadczeniem pod tym co napisałeś! Wyraziłeś to lepiej niż ja bym to ujęła! Pozdrawiam.

  8. Świetny wpis, bardzo trafne obserwacje. Niesamowicie mi się przydadzą już niedługo, bo też ruszam drogą św. Jakuba. 🙂

  9. Wielkie dzięki za rady ! Na wiosnę do Fatimy więc pójdę częścią Twojej drogi.
    Pozdrawiam.

  10. Właśnie przeczytałem Twój raport z Camino. Ja właśnie jestem 3 miesiące w drodze do SdC. Dziś 24 listopad jestem na O Cebreiro. Ja przez Polskę miałem 1 dzień. Potem Czechy, Austria wzdłuż Dunaju i do Salzburga. W Niemczech byłem tylko 1 dzień – Bechtesgarden. Powrót do Austrii i Szwajcaria w stronę Marsylii. Załapałem się na odcinek Francigenia, z Arles to GR635 zwany Via Tolosana. Przez Puerto Somport do Aragonii i w Puente La Reina spotkałem Camino Frances. Dalej to już spacerek po dobrze wydanym szlaku. Tylko pogoda czasem rrobiła problemy. Bo w deszczu nawieziona glina z pól mocno obciążała buty. To co piszesz w 100 % pokrywa się z moimi odczuciami, chociaż ja nie walczyłem z kosztami tak mocno na trasie jak Ty. Kiedyś spotkałem chłopaka na Norte, który wcześniej się chwalił w albergue jak to idzie bez pieniędzy, a potem chciał na jedzenie. Był Polakiem i trochę było mi wstyd za niego. Dałem mu 10 euro. To Camino jest moim 14th camino i chyba ostatnim po Compostelę. Teraz jak zdrowie pozwoli będę chodził po zapamiętanych prze ze mnie odcinkach Camin. Piszę trochę chaotycznie z baru na przełęczy O Cebreiro. Buty pierwsze zostały na granicy Austria Szwajcaria, drugie tzw. Letnie teraz służą za popołudniowe. Mają cienką podeszwę, którą zjadły francuskie asfalty. Teraz idę w Salomona 3/4 o świetnej podeszwie ale także przewiduję, że ich źle się skończy w Muxia. Pozdrawiam. Buenos Camino. P.S. tulipan58@onet.eu

  11. Stanisław

    Dzięki. To najpierw. A teraz Pozdrawiam serdecznie.
    Nigdy nie myślałem o TAKIEJ wędrówce ale przedwczoraj obejrzałem film „Droga Życia”, ten film jest trochę o mnie. I wynikł nowy cel w życiu. Zrobię TO. A kiedy stawiam cel to go realizuję, pójdę tam za rok. Już zaczynam przygotowania.
    Przeczytałem WSZYSTKIE Twoje porady, jeszcze raz Dziękuję. ale czegoś mi brak.
    1. Bezpieczeństwo; czy czułeś się bezpiecznie? na co uważać?
    2. Obuwie; mieszkam w górach i wysokie buty chronią przed skręceniami, może warto odżałować ciężaru na plecach i mieć 2 pary?
    3. Kije trekingowe – warto? Czy kij?
    4. Nie polecasz swojego plecaka to jaki polecasz?
    Pozdrawiam serdecznie. s

  12. Rewelacja. Podziwiam za przejście Polski, Niemiec, dogadywanie się we Francji:) Hiszpania już rzeczywiście opiekuje się pielgrzymem, ale w pozostałych krajach potrzeba odwagi, zaparcia, sił…

  13. Bardzo dziekuje za podzielenie sie doswiadczeniami z tej wspanialej podrozy !
    Ze wzgledu na brak czasu,w tym roku przeszlam tylko z SAINT-JEAN-PIED-DE-PORT do ESTELLA w ciagu 5 dni,ale w przyszlym roku ,bede kontynuowac.Twoje porady wykorzystalam !!!

  14. Lukasz,
    Dziekuje Ci bardzo za wszystkie wskazowki dot. Camino, z ktorych czerpalam garsciami.
    Uwielbiam olejek z drzewa herbacianego!
    Wrocilam z Camino Portugues 31 maja i marze juz o kolejnym, tym razem rozpoczynajacym sie w Kraju Baskow.

    Pozdrawiam Wszystkich, ktorzy wciaz marza o Camino i tych, ktorzy juz pielgrzymuja 🙂

  15. Dzięki wielkie za poradnik dzięki niemu wyruszyłem w swoją drogę życia. Le Puy – Finisterra wyszło nie dużo jakieś 1650 km i czasowo 65 dni. Średnia na dzień to 25 km ale szybciej nie ma sensu, to nie wyścig a lepiej czasem iść w grupie i poznawać nowych przyjaciół, macie kilka godzin luzu po dojściu i więcej przerw w marszu na napajanie się pięknymi widokami i jedzeniu przy tym. Jedyne co mnie zaskoczyło to koszty miałem wydzielone 7e ale wyszło 10e. Mimo, że spałem zazwyczaj pod chmurką (tarpo-hamak-ponczo 350g) a jadłem i gotowałem co znalazłem choć część także z marketu. Jeśli ktoś się zastanawia czy wyruszać z Francji to polecam, jest nieco inny klimat mniej komercji jak w Hiszpanii lepsza atmosfera dużo albergue co łaska z obiadem, śniadaniem. Bogatą listę znajdziecie w francuskiej książce „Miamiami dudu”. Co do jedzenia polecam kasztany jeśli idziecie we wrześniu, ceny w marketach nawet tańsze niż w Polsce, spokojnie można sobie pozwolić na bogaty obiad z winem i deserem za jakieś 3e jeśli gotujecie w 4 osoby. No i nie radze jechać autobusem odcinka z Santiago do Finesterry to tylko 100 km ale dla mnie były to najprzyjemniejsze 4 dni w całej wędrówce. I zapraszam na darmowe obiady w hotelu koło katedry w Santiago 3 razy dziennie. Moje wyposażenie: 8,2 kg w tym plecak 55l, śpiwór, karimata, tarpo-hamako-ponczo, kuchenka na drzewo, paliwo sbit jako rozpałka, zapalniczka, nóż, latarka czołowa, apteczka, ciuchy( spodnie długie i krótkie, 2 thirty, koszula długa i krótka, bluza termo, bielizna2x, kapelusz, chusta, rękawice bez palców, cienka kurka od wiatru i deszczu), kubek metal, menażka, buty(treking + sandały), telefon, aparat, powerbank, kompas, mapa, paszport, karta bankomat, notes długopis.

    Co do pytań Stanisława to tak: 1. Bezpieczeństwo – czułem się w pełni bezpieczny w lasach niema dzikich zwierząt kiedy spałem samotnie, kiedy w hostelach wszyscy życzliwi nic nie ginie. 2. Obuwie miałem niski treking hitec przetarł się po 30 dniach i kupiłem trekingowe wysokie 17e w decathlonie okazały się trwałe po 35 dniach jak nowe. Jako drugie polecam sandały super lekkie piankowe. 3. Co do kija to dowolność, na pewno łatwiej na podejściach a na zejściach mniejsze obciążenie kolan. Ja zamiast trekingowych preferuję jeden drewniany z leszczyny lubię mieć wolną rękę i tak nie hałasuje.
    To w skrócie tyle. Polecam każdemu i jeszcze raz dzięki Łukasz za bloga.

    • Dzięki Kamil! I gratuluję skończonego przejścia, bo 2 miesiące w drodze to nielekkie przedsięwzięcie. Dzięki też za podzielenie się tym zestawieniem. Mam podobne odczucia, Via Podiensis, czyli GR 65 z Le Puy, była widokowo pięknym miejscem, z nieco innym klimatem niż szlaki hiszpańskie. Nie lepsza ani gorsza. Po prostu dawała poczucie odosobnienia i spokoju. W mojej drodze z Polski była też fajnym etapem „wstępnym” do ostatecznego, hiszpańskiego odcinka.

      Czy mógłbyś napisać coś o patencie, którego używałeś do spania?

  16. Witam
    Bardzo ciekawe spostrzeżenia. Czy będzie książka o tej wyprawie?
    Pozdrawiam

    • Niemal na pewno nie 🙂 Do napisania książki zawsze potrzebne mi są dobre notatki, a tych z wędrówki do Santiago nie przywiozłem bardzo dużo. Mógłbym próbować pisać coś na podstawie tego, co już jest na stronie, ale pamięć jest zbyt zawodna. Muszę zmobilizować się do regularnego prowadzenia dziennika, tak jak np. w Iranie, by książka mogła powstać.

  17. Bardzo interesująca relacja i niesamowity wyczyn 🙂 Ze względu na ograniczenia czasowe przebyłam Camino Frances na rowerze, 800 km w 11 dni.Wspaniałe doświadczenie! Droga zrobiła na mnie ogromne wrażenie! W przyszłym roku planuję Camino del Norte. Pozdrawiam wszystkich zauroczonych Camino de Santiago 🙂

  18. Co do butów – w miesiącach wakacyjnych, a nawet we wrześniu i październiku polecam chodzenie na Camino w sandałach. Przeszłam w nich niemal całe Camino niosąc niepotrzebnie przez ponad 1000 km w plecaku niewygodne trekkingowe buty Salomona. Okazały się po pierwsze za małe, gdy po wielogodzinnym marszu puchła mi noga, po drugie strasznie sztywne i nieoddychające. Dostałam od tego kontuzji i przez dwa tygodnie męczyłam się z bólem stóp, dopóki nie odkryłam, jak przyjemnie chodzi się w sandałach i tam gdzie, nie ma ostrych kamieni i żwiru, boso. Ogólnie sprzętowo na Camino trzeba postawić na absolutny minimalizm. Im mniej niesiesz ze sobą, tym przyjemniej się wędruje, mniej rzeczy cię rozprasza. Ja wzięłam za dużo – skończyło się to tak, że połowę rzeczy musiałam zostawić w albergue lub komuś dać w prezencie.

  19. Pingback: Zimowe przejście Karpat Ukraińskich - Łukasz Supergan - podróże, góry, fotografia

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *