Podczas jednego z ostatnich weekendów wybrałem się na Podkarpacie, by przejść nieduży fragment Beskidu Niskiego. Koniec dnia zastał mnie w schronisku, gdzie oprócz mnie, zatrzymała się dwójka turystów, wędrujących Głównym Szlakiem Beskidzkim. Podczas rozmowy wspomnieli o obuwiu, jakiego używali. Wysokie buty górskie okazały się zbyt sztywne i gorące na 30-stopniowy upał jaki nam towarzyszył i musieli przerzucić się na dużo lżejsze. „80 procent tego szlaku nadaje się na sandały” – stwierdził mój sąsiad z pokoju. Faktycznie, dobre sandały trekingowe w połączeniu z lekkim plecakiem – na GSB wystarczy 8-9 kilogramów wyposażenia – byłyby wystarczające na łatwe beskidzkie ścieżki. Od kilku tygodni sam jestem szczęśliwym posiadaczem takiego właśnie obuwia i chodzę niemal wyłącznie w nim. Część minionego weekendu w Beskidzie także pokonałem w sandałach.

I jakoś wtedy przyszła mi do głowy myśl, którą od dawna chciałem zrealizować: a gdyby posunąć się jeszcze dalej i zupełnie pozbyć się obuwia w górach?

Myśl o podjęciu wędrówki boso towarzyszyła mi od dawna. Pierwszym naocznym doświadczeniem było spotkanie na szlaku granicznym grupy turystów ze Słowacji. Kilkoro z nich wędrowało boso, z plecakami. Nie było to trudne, gdyż miękka ziemia i błoto znakomicie pozwalały na taki sposób przemieszczania się. Nasz przewodnik skrzywił się wtedy na ten widok. A mnie naszła refleksja: właściwie czemu nie? Czy w górach zawsze musimy być twardzielami, noszącymi buty klasy C (zimowe, pod raki) nawet na Pilsku czy Turbaczu?

Kolejny raz, kiedy zobaczyłem wędrowców bez obuwia, przydarzył się na końcu wędrówki przez Europę do Santiago de Compostela. Nie zdarzyło się, abym na Camino del Norte widział pielgrzymów idących boso. Niektórzy z nich, by uczcić dotarcie do świętego miasta, zdejmują w nim buty. Ktoś zrobił to już na granicy miasta, skąd do centrum mają jeszcze 5 kilometrów, niektórzy przy bramie wyznaczającej granicę starówki, wielu już na placu przez katedrą. Ale, choć nie zdarzyło mi się tego zobaczyć, niektórzy pielgrzymi decydują się na przejście boso całej drogi. Znana jest historia Antonia Asensio, którego przejściu ponad 1400 km boso poświęcony jest film.

Już po powrocie do Polski odkryłem, że wśród moich znajomych jest niezwykły oryginał, człowiek chodzący cały rok boso, bez względu na pogodę, nawierzchnię i miejsce w którym się znajduje. Praktykuje taki sposób życia od dwóch lat, bardzo go sobie chwaląc. Buty zakłada, ale na krótko i najczęściej gdy siada za kierownicą samochodu. Po miesiącach życia w ten sposób jego stopy przyzwyczaiły się już do kontaktu z nierówną nawierzchnią, ostrym żwirem czy nawet śniegiem, bo mój znajomy chodzi boso także w największy mróz! Zawodowa pedikiurzystka, dotykając ich załamałaby ręce i chwyciła za pumeks. Podeszwy stóp zgrubiały i stały się twarde w dotyku, nie przybrały jednak odstraszającej faktury przypominającej spękane drewno, jaka widywałem u chodzących boso mieszkańców Himalajów. Wyglądają całkowicie normalnie, nawet po tych setkach kilometrów, które prawdopodobnie przeszły.

To chyba dzięki niemu zwróciłem uwagę na ten sposób chodzenia. I zastanowiłem się: czy można zastosować go na dłuższą metę, wędrując boso na długie dystanse, nawet setki kilometrów, także w górach?

wedrowanie_boso_3
Foto: vasile23 (CC)

Krótkie poszukiwania w sieci pokazują, że jest to pomysł od dawna praktykowany. Na świecie nie brakuje entuzjastów wędrowania boso. Tworzone są specjalne miejsca, szlaki i parki, gdzie spaceruje się wyłącznie w ten sposób. Mnie jednak interesuje chodzenie normalnymi, także górskimi szlakami, w miarę możliwości na dystanse dłuższe niż dzień lub dwa. Czy to możliwe? Tak. I to na odległości przewyższające tysiąc kilometrów. Sztandarowym przykładem są dwie Amerykanki, Susan i Lucy Letcher, które w 2001 roku przeszły boso szlak Appalachian Trail, o czym przeczytać można na tej stronie. Opis wskazuje, że siostry przeszły całość szlaku (3500 kilometrów), po czym wróciły tą samą trasą. Niemal cały dystans 7000 kilometrów przeszły boso, zakładając obuwie jedynie na tych odcinkach, gdzie śnieg „sięgał wyżej niż górna część stóp” oraz na oblodzonych partiach szlaku, jednak nie z powodu zimna, ale dlatego, że „było zbyt ślisko”. Na pytanie „dlaczego boso?” odpowiedziały, że w dzieciństwie zawsze wędrowały w ten sposób, naturalnym więc wydawała się chęć przejścia także i tego szlaku bez butów. Wystarczyło kilka tygodni długiego trekingu, by przyzwyczaiły się do stąpania po kamieniach i żwirze, nie zważając nawet na okruchy szkła, obecne na kempingach. Pamiętać jednak trzeba o treningu, jaki odbyły w dzieciństwie. Niewielu z nas przywykłoby pewnie do chodzenia boso w takim tempie.

Bez butów uczestniczą w zawodach także biegacze, uzyskując bardzo dobre wyniki, nawet zajmując podium na maratonach. Sztandarowym przykładem stała się Południowoafrykanka, Zola Budd, dwukrotnie bijąc rekord świata w biegu na 5000 metrów. Oczywiście boso.

Im bardziej zagłębiałem się w temat wędrowania boso, tym bardziej fascynował mnie prosty fakt: jak szybko, oczywiście w skali istnienia naszego gatunku, uznaliśmy za naturalne, że poza domem poruszamy się w obuwiu. Tymczasem jako ludzie poruszaliśmy się bez butów miliony lat, ganiając przy tym za zwierzyną po lasach i sawannach. Nasze rusztowanie, a więc kości, stawy, ścięgna i mięśnie, przystosowane jest do ciągłego ruchu i to ruchu boso. Powiedzmy to sobie wprost – zostaliśmy zaprojektowani przez ewolucję do przemieszczania się boso. W teorii nie powinno to grozić żadnymi poważnymi urazami, pomijając oczywiście wdepnięcie w szkło leżące na drodze.

wedrowanie boso
Foto: s3a (CC)

Przeglądając dostępne materiały na temat wędrowania boso trafiłem na przynajmniej kilka argumentów, przemawiających za takim stylem wędrowania. Pierwszym jest ten, że bieganie i wędrowanie pieszo pozwala na uniknięcie urazów. Paradoks? Stopa w obuwiu wydaje się chroniona przed urazami i amortyzowana, jednak zamknięta w bucie nie pracuje tak, jak powinna. Jest bierna, unieruchomiona i bardziej podatna na przeciążenia. Swoim unieruchomieniem może też powodować bóle położonych wyżej kolan, bioder i kręgosłupa. Odpakowanie stopy ze sztucznej skorupy, jaką jest sztywny but trekingowy, odbudowuje i wzmacnia mięśnie i stawy, na powrót przyzwyczajając je do wszechstronnej pracy, do jakiej zostały przecież stworzone. Wędrowanie boso pozytywnie oddziałuje tez na mięśnie całych nóg oraz stawy biodrowe. Tak wzmocnione stopy sprawiają, że trudniej o uraz podczas wędrówki.

Wędrowanie boso oznacza tez przywrócenie stopie kontaktu z podłożem i „czucia” nawierzchni. Nasz marsz staje się dzięki temu bardziej świadomy, efektywniejszy. Poprawia też poczucie równowagi.

Wzmocnienie stopy to nie jedyny zysk z wędrowania bez obuwia. Taki sposób chodzenia zmusza do używania głównie zewnętrznej strony stóp, co podnosi ich wewnętrzne łuki (tzw. łuki podłużne przyśrodkowe – te między piętą, a dużym placem), likwidując płaskostopie. Stawianie stóp zewnętrzną stroną prostuje wykrzywione do wewnątrz kostki, które często odpowiadają za bóle także w kolanach.

Nie bez znaczenia dla stóp jest zapewnienie im wentylacji, o którą trudno, gdy wędruje się w ciężkich, trekingowych butach. Doświadczyłem tego na Łuku Karpat w 2013 roku, gdzie wadliwa membrana moich butów zamieniała ich wnętrze w saunę i to nawet w zimny, wrześniowy dzień. Stopa uwolniona z buta nie poci się i nie odstrasza swoim zapachem. Paradoksalnie, chodząc boso nie musimy martwic się co będzie, gdy po całym dniu wyciągniemy stopy z wnętrza buta na powietrze. One już tam są.

Niektórzy polecają chodzenie boso także zimą, nawet po śniegu, jako formę hartowania organizmu. Taki odpowiednik morsowania w wersji light.

Jak twierdzą niektórzy, zaletą wędrowania boso jest „uziemienie”, odzyskanie więzi z Ziemią jako całością. Sensowne? Wstrzymam się od osądu, bo każdy z nas inaczej może rozumieć „więź”. Wierzę jednak, że kontakt z tym, co mamy pod nogami może zwiększyć inną, rzecz, która dla mnie, podczas wędrówek, jest istotna: uważność. Wędrując pieszo zwracamy większą uwagę na to, co znajduje się wokół nas, gdyż idziemy wolniej, każdy fragment drogi pokonujemy dłużej i spędzamy w nim więcej czasu. Jak często podczas marszu zwracamy uwagę na szczegóły podłoża, po którym idziemy? Chyba rzadko, za rzadko. Chodząc boso musimy, przynajmniej na początku, skupić się na wszystkim, co mamy pod stopami, aby uniknąć zranienia. Zaczynamy już nie tylko dostrzegać, ale i czuć fakturę ziemi, nierówności kamieni, ostrość krawędzi, miękkość liści czy trawy. Podświadomie szukamy też miejsc bezpiecznych dla naszych stóp. Przechodzimy krótsze odległości, ale każdy krok staje się jeszcze bardziej świadomy.

Czy chodzenie boso musi oznaczać kompletny brak ochrony stopy? Otóż nie. Istnieje już kilka propozycji dla tych, którzy chcą wędrować w minimalistyczny sposób, ale niekoniecznie nagą stopa po podłożu. Jedną z nich są cienkie, niemal nic nie ważące, sandały Xero Shoes, składające się z 4-mm podeszwy i kawałka sznurka, mocowanego wokół kostki i między palcami.

xero_shoes

Inną jest znany i popularny wśród biegaczy model obuwia Vibram Fivefingers. Trudno jednak uznać chodzenie w nim za wędrówkę boso. Podeszwa tych butów to solidna guma, mająca za zadanie zapobiegać stłuczeniom stopy podczas wędrówki lub biegu, a otaczająca stopę tkanina z membraną stanowi barierę dla wody, błota i ogólnie środowiska zewnętrznego. Dla moich potrzeb ustaliłem z góry, że chodzenie boso oznacza wędrówkę BOSO, a więc z użyciem dwóch nagich stóp, pozbawionych jakiejkolwiek osłony.

Po lekturze kilkunastu tekstów na ten temat, jestem już niemal pewien jednego: chodzenie boso nie jest groźne. Można spędzić całe dni bez butów. Pytanie: czy można też wędrować w ten sposób na duże dystanse? I czy bezpieczne będzie wędrowanie po górskich szlakach bez obuwia? Intuicja podpowiada mi, że tak, ale najprostszym sposobem by się przekonać jest test na samym sobie. Robiony systematycznie, przez miesiące, zakończony podsumowaniem tego, czego dowiedziałem się na własnej skórze o takim sposobie przemieszczania się.

Zamierzam więc, w ciągu najbliższych miesięcy, zacząć regularne wędrowanie boso. Z początku łagodnie, na krótkich odcinkach, z użyciem sandałów jako wspomagania. Potem na coraz dłuższe dystanse i w trudniejszym terenie. Nie tylko w ciepłe miesiące, ale również zimą, by przekonać się, czy mogę wędrować w śniegu lub zmarzniętym błocie. Chcę wypróbować wiele rodzajów nawierzchni i różne sposoby stawiania kroków. Przyglądać się uważnie temu, jak reagują stopy i reszta mojego ciała. A przez te czas dzielić się obserwacjami.

Idealnym zakończeniem takiego testu byłoby przejście boso któregoś ze szlaków w polskich górach, wymagającego przynajmniej kilku dni marszu. Mógłby to być na przykład Mały Szlak Beskidzki, o długości 137 km lub szlak Tarnów – Wielki Rogacz (184 km). Gdybym czuł się dobrze i miał dość czasu – może któryś z dłuższych, na przykład Główny Beskidzki, Sudecki lub niebieski szlak Rzeszów – Grybów , z których każdy liczy powyżej 400 km. Będąc w stanie przejść którykolwiek z nich boso (no, może 95% jego długości), uznałbym, że test przebiegł pomyślnie.

Pomysł ten ochrzciłem mianem „PROJEKT HOBBIT”. Poczciwi bohaterowie powieści Tolkiena chodzili boso nawet zimą, na co pozwalały im owłosione stopy o stwardniałej podeszwie. Moje stopy, przyznać muszę, wykazują pewne podobieństwo do tego opisu, o czym przekonacie się pewnie na zdjęciach.

Już niedługo wracam w góry, by sprawdzić swój organizm i sprzęt przed czekającą mnie w wakacje dłuższą wędrówką. Korzystając z tej okazji, zamierzam sprawdzić, czy możliwe jest przejście kilkudniowego szlaku w obuwiu innym, niż trekingowe. A także czy jestem w stanie wędrować po górach boso. Obserwacjami będę dzielić się na bieżąco. A za rok mam nadzieję podsumować temat długich wędrówek boso. Trzymajcie kciuki.

16 komentarzy

  1. Serwus,

    Na początek jako wspomagania używaj huarache. Od jakiegoś czasu używam też xero shoes, jeśli sie zdecydujesz to weź te 4mm. 6mm są dosyć „ciężkie”. Wagą i wygodą DIY huarache biją je na głowe (ceną również) 😉
    Powodzenia,

    Bartek

  2. Wczoraj na zielonym szlaku Turbacz – Gorc spotkałem starszego pana wędrującego właśnie boso i byłem w szoku bo wcześniej w górach się z czymś takim nie spotkałem. Zwolniłem tempo przypatrując się z pewnej odległości z jaką pieczołowitością stawia kolejne kroki i tu pojawia się refleksja – obserwując podczas marszu cały czas podłoże odpada możliwość jednoczesnego podziwiania krajobrazu chyba, że stopa jest już na tyle „znieczulona” iż nie straszne jej ostre kamyczki czy łamiące się pod nią gałązki. Bose nastąpienie na szerszenia i jego konsekwencje również nie są przyjemne – to akurat z własnego doświadczenia 🙂 Niemniej jednak posiadając trekingowe trepy z membraną za ponad 500 złotówek i oddychające skarpety za niemal ich 100, czuję prawdziwą ulgę gdy mogę już je zdjąć.

  3. Boso można wędrować nie tylko na długie dystanse (ograniczaniem są przede wszystkim bardzo niskie temperatury), ale także przez całe życie. Świetnym przykładem są liczne plemiona. W ten sposób można przemieszczać się nie tylko w górach, ale także i w dżungli co często bywa jeszcze większym wyzwaniem. Oczywiście najważniejsza jest kwestia przyzwyczajenia.

    Powodzenia!

  4. Problem jest taki, że chcąc chodzić po górach na bosaka trzeba się ‚hartować’ cały czas – parę tygodni ‚bezruchu’ w butach, choćby i cieniutkich i jest wyczuwalnie gorzej, stopa robi się wrażliwa, ochronny naskórek zanika. Nie można pojechać raz na parę tygodni na wycieczkę i liczyć, że dobrze się będzie szło. Bycie boso musi być integralną, naturalną częścią życia.

    Może niektóre osoby tak się zahartowały, że są w stanie poruszać się boso po śniegu, ale sądzę, że nie każdy jest w stanie do tego dojść, szczególnie zaczynając w dojrzałym wieku. Parę lat próbowałem chodzić prawie cały rok w sandałach i nie wyszło (późną jesienią permanentne uczucie zimna i zatkany nos) mimo, że jestem raczej odporny na zimno. Choć może to wyglądać inaczej, gdy przy całym dniu marszu stopa pracuje, i spływa do niej krew, niż przy codziennej, miejskiej ‚bezczynności’ i lodowatych posadzkach. Pytanie też, czy ścięgna i staw skokowy wystawiane na kilka miesięcy na ciągły chłód nie zaczną w końcu szwankować? Porównanie z morsowaniem jest mało trafione, utrata ciepła na powietrzu, a w wodzie to nieporównywalne rzeczy. Poza tym stopy są częścią ciała, która przy morsowaniu marznie najszybciej, niektóre morsy kąpią się nawet w skarpetach neoprenowych.

    Bosa stopa ma wyraźnie gorszą przyczepność: w błocie, na mokrych skałach czy drzewach, obrośniętych porostami lub mchem. Chodzenie boso wymaga dużo uwagi w trudnym terenie: na piargach, gołoborzach, przy przekraczaniu zwalonych drzew czy gałęzi w wiatrołomie. Stopy trzeba stawiać dużo uważniej, niż mając buty na nogach, łatwo poobijać palce i nie tylko.

    Na bosaka wierzchnia część stopy jest odsłonięta na obrażenia, poharatanie przez kolczaste rośliny, gałęzie, pokrzywy, ukąszenia owadów. Ale to raczej przy chodzeniu na dziko czy na przełaj przez łąki, w górach, na szlakach, szczególnie dobrze przechodzonych, to nie problem. Zniechęcające też może być stanowienie swego rodzaju atrakcji. Każdy się obejrzy, spyta, skomentuje, a tłumaczenie po raz setny, że stać nas na buty, dziękuję, dobrze się idzie, nic nie boli i nie ma problemu, nawet jak się nadepnie na szkło czy psie łajno, może być uciążliwe 🙂

    Ale, mimo tych minusów, chodzenie boso to zupełnie inny kontakt ze światem, ze szlakiem, z trawą czy ziemią pod stopami, zupełnie nowa gama odczuć, radość przy każdym kroku, niedostępna przy żadnym innym obuwiu, zupełna lekkość. To trzeba poczuć. Zapominamy o suszeniu butów i przypalaniu skarpet przy ognisku, o obtarciach, zwojach plastrów wyklejanych na stopy, no i minimalista zaoszczędzi gramy na skarpetkach 🙂

    Parę lat chodziłem boso po górach i dobrze się z tym czułem, bez żadnego dyskomfortu. Odbywałem kilkudniowe wycieczki, bywałem w Tatrach i większość czasu buty dyndały przy plecaku – zdejmowałem je zaraz po wejściu na szlak i zakładałem na powrotnym przystanku autobusowym. Szybkością nie ustępowałem innym turystom, a porządnie zaprawione stopy na normalnych szlakach można stawiać jak się popadnie. Zwykłe odłamki szklane też się nie imają. Trzeba by nadepnąć na ustawionego do góry ‚tulipana’ żeby sobie zrobić krzywdę. Tak wyszło, że teraz w długie podróże jeżdżę na rowerze a nie chodzę, jakbym jednak miał wybrać się piechotą, to wziąłbym parę minimalistycznych butów do biegania, a większość trasy – boso.

    Pozdrawiam, powodzenia,
    Iwo

    • Dzięki za te refleksje, będę do nich wracał panując wycieczki boso. Zgadzam się w kwestii uwagi, zwłaszcza w skalnym terenie, dlatego za pole moich doświadczeń wybieram na razie Beskidy. Po pierwszych próbach muszę jednak napisać, że przyczepność gołych stóp jest równie dobra co podeszwy: na mchu czy błocie nie doświadczyłem większego poślizgu, niż w dobrym bucie trekingowym.

      A pytania nie są minusem, w ostatnim tygodniu, na średnio uczęszczanym szlaku, była to nie więcej niż jedna osoba na godzinę.

  5. Sęk w tym, że buty dały nam możliwość pokonywania dłuższych dystansów. Chodząc boso zdecydowanie ograniczysz dystanse które będziesz mógł pokonać w trudnym terenie. Dużo większą uwagę będziesz musiał przywiązywać do tego po czym chodzisz i jak stawiasz kroki. Dla mnie to regres.

    Pisanie, że chodzenie boso jest dla nas naturalne nie jest do końca prawdą. Równie dobrze można by powiedzieć, że nie potrzebujemy ubrań bo miliony lat chodziliśmy nago.
    Gatunek Homo sapiens według badań pojawił się na stepach afrykańskich i migrował po całym świecie po stepach właśnie. To jest nasz naturalny ekosystem. I tam faktycznie, po miękkiej ziemi i po trawie można wędrować na boso (wędrować, a nie „biegać”). Buty zostały wymyślone jako wynalazek który umożliwił nam sprawniejsze poruszanie się w terenie do którego nie przystosowaliśmy się ewolucyjnie. Potrzebne były głównie żołnierzom ale i mieszkańcom miast których ulice wyłożone były twardą nawierzchnią. Stopy są naszą piętą achillesową. Nie są przystosowane ani do biegu, ani do wspinaczki, ani do pływania, ani do chodzenia w trudnym terenie. Bieganie czy wspinaczka na boso zawsze będzie związane z ryzykiem kontuzji… Dlatego bo nasze stopu nie służą do tego. Zwierzęta które mają biegać mają zupełnie inaczej ukształtowane kończyny – patrz koń, kotowate itd. Te zwierzęta poruszają się „na palcach” (łapy psie, kopyta to nic innego jak palce) – a ich pięty są podniesione i znajdują się prawie w połowie długści kończyny. Na pewno nie służą do opierania się o nie, nie biorą udziału w odbijaniu się od ziemi itp.
    Nasze pięty to wynik ewolucji która przystosowała nas do stania. Mamy szerokie stopy, żeby stać i spacerować – tak jak nasi przodkowie na stepach afrykańskich i euroazjatyckich. Mamy chodzić wyprostowani żeby lepiej dostrzec naszą ofiarę i później całymi godzinami/dniami wędrować po jej śladach aż się zmęczy i padnie wycieńczona biegiem. Jesteśmy takimi piechurami-maratończykami. Podobnie do XIX w. polowały plemiona indiańskie w Ameryce Płn. Jesteśmy koczownikami ale naszym terenem są trawiaste równiny Sahelu itp.

    Tak więc chodzenie bez butów po górach to średni pomysł (zwłaszcza w kontekście ewolucji i antropologii fizycznej). Ewolucji nie zmienisz a ślepa wiara w marketing 5fingers i innych minimalistów nie jest dobra dla naszych kolan. Można chodzić na palcach ale trzeba pogodzić się z gorszymi przebiegami. Zwłaszcza przy schodzeniu ze stromizn.

    • Hej!

      Zgadzam się właściwie z każdym Twoim zdaniem i planując chodzenie boso, planuję w gruncie rzeczy wielką próbę. Nie, nie wierzę w marketing 5Fingers’ów, bardziej za to jestem skłonny uwierzyć lekarzom mówiącym, że chodzenie boso wzmacnia stopy. Myślę jednak, że ubrania w rozwoju człowieka pojawiły się dużo wcześniej niż obuwie – najpierw zaczęliśmy okrywać się skórami, a dopiero potem wciągnęliśmy na stopy kapcie z łyka lub buty górskie. Także pod europejskimi szerokościami geograficznymi. Tak więc wciąż powinna tkwić w nas umiejętność wędrowania boso. Przypadki opisane w sieci – w tym dwóch sióstr idących przez Appalachy – podpowiada mi, że może jest to wykonalne. Oczywiście nie będę próbował takiego sposobu chodzenia w wysokich partiach Pirenejów, podczas ostatniego tygodnia nie próbowałem go też w Tatrach. Od czasu napisania powyższego artykułu, z pewnym powodzeniem wędrowałem boso po Bieszczadach i mam nadzieję już za kilka dni podzielić się wrażeniami z tej wycieczki. Dodam, że te odcinki, które przeszedłem, zrobiłem w tempie lepszym niż turyści, których co do jednego mijałem 🙂

  6. Ja w górach też zwykle wyprzedzam innych turystów. Ja objuczony sprzętem dla 2 os w 80l plecaku a oni na lekko z małymi dwudziestkami. Ciężko przeprowadzić taki łatwy do zmierzenia eksperyment.

    Też pewnie potknięcie się w butach mniej boli niż takie na boso… w butach trudniej pozrywać paznokcie przy zahaczeniu o jakiś kamyk…

  7. W 1996 roku przy okazji wędrówki przez Kelimeny spotkałem grupę Słowaków, którzy wędrowali boso przez krzal, z worami o wadze (na oko) grubo powyżej 20 kg. PABLO

  8. Już jedna osoba jest która mocno reklamuje chodzenie boso wszędzie i zawsze. Pan Wojtek i nic mu w tym nie przeszkadza. Góry, błota i inne – zawsze boso.Ale szczerz po polskich szlakach bym się bał. Za dużo śmieci, możliwość nadepnięcia na szkło i inne. Ale zawsze można spróbować.

  9. W chodzeniu boso najbardziej cieszy mnie wspomniane przez Ciebie przywrócenie stopie kontaktu z podłożem i czucie nawierzchni. Bardzo brakuje mi chodzenia boso, zwłaszcza odkąd mieszkam w mieście, gdzie nie jest to jakoś ochoczo przyjmowane. Ale wiesz co? Czasem szuram po Białołęce na bosaka 😉
    Przy okazji – zainspirowałeś mnie. W jakieś wrześniowe przedpołudnie spróbuję wskoczyć na Połoninę Caryńską na bosaka. Zobaczymy czy nie będę płakała po drodze 😉

  10. rok minął. i jak podsumowanie tego zadania,projektu…co osiągnąłeś?

  11. Do biegania w górach i górkach przez cały rok używam five-fingersów. Mój syn, który też w nich biega, i który próbował biegać na bosaka mówi, że są w pół drogi pomiędzy butami i bosą stopą. W five-fingersach, w czasie biegania czuje się każdy kamyczek ale nie każdy boli. Przejście na boso lub prawie bosobieganie wymaga nie tylko wytrenowania ścięgien, rozścięgien, mięśni i stawów ale przede wszystkim wyćwiczenia uważności w bieganiu na poziomie nieznanym butobiegaczom.
    Zaświadczam to moimi połamanymi małymi palcami i zerwanymi paznokciami z paluchów w obu stopach. Po przebiegnięciu 30 km dramatycznie spada uważność i o kontuzję łatwo. Zaletą jest kompletny brak problemów z kolanami a zacząłem przygodę z five-fingersami właśnie ze względu ból kolan który uniemożliwiał mi zejście po schodach. Zdecydowanie trudniej jest też skręcić nogę w kostce. Nawet jeśli noga wpadnie z całą siłą w niewidoczną w trawie dziurę reakcja całego ciała jest dużo szybsza i kończy się to lekką dolegliwością, która nie przeszkadza w ukończeniu biegu i mija następnego dnia.

  12. Jest taka strona o chodzeniu boso: boso[.]waw[.]pl. Są tam ciekawe informacje o tej tematyce

  13. a tu proszę, zawodnik na bosaka przez Orlą Perć

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *