W tej wędrówce było wszystko. Pomysł, kilka lat odkładania go, niepewność, marsz przez  piękne góry, wątpliwości i wielokrotna chęć odwrotu, determinacja, przełamywanie strachu, zmęczenie, ciężka próba tuż przed końcem. Przede wszystkim jednak kawał dobrego szlaku, na którym przesunąłem swoje granice.

Nie pamiętam już kto namawiał mnie na wspólne przejście Tatr Zachodnich w jednym ciągu. Było to wiele lat temu, gdy w jakimś mailu dostałem propozycję „Sołtys, zróbmy całe Zachodnie! Słowackie i polskie, poniżej 24 godzin!”. I, jak to bywa, pomysł rozszedł się po kościach, wycieczka nie wypaliła, ale pomysł na nią żył latami z tyłu głowy.

Kilka tygodni temu zawitałem w Bieszczady, gdzie trafiłem na Bieg Rzeźnika. 700 osób walczyło na trasie, znacznie więcej kibicowało po drodze. I wtedy po raz pierwszy, widząc to na własne oczy,  pozazdrościłem tym ludziom. Postanowiłem, że niedługo sam spróbuję biegu przez góry. Na razie szykuję się do przejścia Pirenejów. Czemu jednak nie połączyć tych dwóch rzeczy i nie sprawdzić swojej mocy, przed wyjazdem do Francji, właśnie w ten sposób? Tym bardziej, że sprzyjały temu najkrótsze noce w roku. Słowackich Tatr Zachodnich nie znałem prawie w ogóle. Nie wiedziałem, czy mam dość formy, by to zrobić. Nie miałem też pojęcia, jak zniesie to mój organizm. Brakowało mi doświadczenia w bieganiu, nie miałem pojęcia, jak dobrze rozłożyć siły, by starczyło ich do finiszu, ani na co zwrócić uwagę. Postanowiłem jednak zaufać intuicji i doświadczeniu ze zwykłych wędrówek górskich.

Dla większości Polaków Tatry zaczynają się na Wołowcu, niewielu zagląda dalej, do naszych sąsiadów. Tymczasem mamy tuż obok piękne, mało uczęszczane góry, jakimi jest słowacka część Tatr Zachodnich. Ich początek to Przełęcz Huciańska (Hutnianske Sedlo, od miejscowości Huty), rozdzielająca masywy Tatr i Gór Choczańskich. Po około 20 km główna grań dociera do Wołowca, skąd już ściśle granicą polsko-słowacką, prowadzi na przełęcz Liliowe, gdzie zaczynają się Tatry Wysokie. Połowa grani leży więc poza Polską. Całość to około 42 km. Suma wysokości (wejść i zejść) wynosi 9150 m, same podejścia stanowią około 4700 metrów. Ot, wejście na Mont Blanc z poziomu morza i zejście tego samego dnia, a do tego maraton do zrobienia.

Opisy przejść grani znalezione w sieci wskazywały, że da się zrobić całość w czasie nie przekraczającym doby. To dodawało optymizmu. Mniej zachęcał fakt, że na niektórych odcinkach grani nie ma szlaku, są więc zamknięte dla ruchu i idący tam narażają się na „pokutę” od straży parku. Duże wątpliwości sprawiała prognoza pogody, według której ustalonego przez mnie dnia miało padać – i tak przez resztę tygodnia. Zaledwie dzień wcześniej niespodziewanie zapowiedziano jednak ładniejszy, tj. deszcz miał pojawić się dopiero o 17. Decyzję podjąłem w ciągu chwili, na mniej niż dobę przed wyjazdem. Pakowanie, kupno biletu i jedzenia, i jazda.

Podstawowym założeniem było iść na lekko. Nawet bardzo lekko. Przyjąłem taktykę, w myśl której zapasowe ubranie jest zbędne, jeśli idzie się dostatecznie szybko, by rozgrzać ciało pracą mięśni. Bluza i lekka wiatrówka były moją cała osłoną. Zrezygnowałem z klasycznych spodni, zakładając legginsy, na które naciągnąłem krótkie spodenki, na podobieństwo rowerzystów. Nie wiedziałem, ile kalorii spalę podczas takiego marszu, zabrałem więc równowartość 3 000 kcal, głównie w postaci batoników i jednej odżywki węglowodanowo-białkowej. Najwięcej ważył zapas wody, z którą problem mieli moi poprzednicy. Wziąłem 3 i 1/3 litra, gdyż na grani nie ma możliwości uzupełnienia jej zapasu. Zrezygnowałem z izotoników, dorzucając jednak do bagażu kilka saszetek Orsalitu. Poza wodą i jedzeniem nie wziąłem niemal nic – mapa, czołówka, kompas, kilka plastrów na spodziewane obtarcia i telefon z aparatem fotograficznym.

Specjalnie na ten bieg dostałem, od polskiego dystrybutora firmy Marmot, 16-litrowy plecak biegowy. Po spakowaniu wyposażenia zostało w nim jeszcze dużo powietrza. Całość ważyła około 5 kg, woda stanowiła zatem większość bagażu. Tak wyposażony, ufając, że prognozy pogody nie zawiodą, wsiadłem w autobus Warszawa – Zakopane. Tam przesiadłem się w busa do Chochołowa, gdzie przekroczyłem granicę ze Słowacją. Z Suchej Hory złapałem autobus do Trsteny, skąd po 2-godzinnym oczekiwaniu kolejny zawiózł mnie do Zuberca, u północnych podnóży Tatr. Z ostatniego przystanku pieszo podszedłem do przełęczy, gdzie zaczyna się czerwony szlak, prowadzący na grań Tatr.

Tu drobne wyjaśnienie: szlak ma swój początek na Wyżniej Huciańskiej Przełęczy. Zasadnicza przełęcz, będąca geograficzną granica Tatr, nazywana jest czasem Niżną i znajduje się na kilometr na północny-zachód od miejsca, w którym wychodzi się na szlak. Prowadzi tam ślad starej drogi, jednak zwyczajowy początek przejścia to przełęcz Wyżnia, gdzie znajduje się drogowskaz i wejście na teren Parku Narodowego.

O 21 zjawiam się pod drogowskazem. Wiem, że czeka mnie tylko kilka godzin snu i jedna z najkrótszych nocy w roku. Szybko jem kolację i znajduję miejsce na łące obok. Bez karimaty, zawinięty tylko w płachtę NRC, idę spać. Nocą budzi mnie chłód i wilgoć skroplona od wewnątrz, przesypiam w sumie może 4 godziny.

03.52 – Huciańska Przełęcz

Budzik w telefonie o o 3.00 wyrywa z płytkiej drzemki, w jaką zapadłem wewnątrz mokrej płachty. Zwijam ją z obrzydzeniem, wciągam buty i zaraz jestem na dole, przy drogowskazie. Jem szybkie śniadanie (mleko skondensowane i kajzerka z wczorajszej kolacji). Na wschodzie pierwsze światło świtu. W ciemności próbuję nagrać jakiś film, ale w dalszej drodze okazuje się, że na filmowanie nie mam czasu. Wychodzę dokładnie o 03.52, czerwonym szlakiem w stronę Białej Skały. Pierwsze metry to przejście przez las, rozjechaną ciężkimi maszynami drogą. Buty, już mocno starte, ślizgają się w błocie, klnę miejscowych leśników i podchodzę szybko, by po 30-40 minutach trafić wreszcie na normalną ścieżkę. Nią powyżej granicy lasu, w rejon Białej Skały.

04.47 – Biała Skała

Spod niewielkiego szczytu pierwsza panorama. Widzę Małą i Wielką Fatrę, Niżne Tatry, Góry Choczańskie, Orawę, Babią Górę i Pilsko, Beskid Wyspowy i kawałek Podhala. W dolinach zalegają jeszcze mgły. Ten jedyny raz żałuję, że zamiast aparatu mam telefon. Przy pięknej pogodzie cisnę w stronę Siwego Wierchu. Znikają drzewa, ścieżka prowadzi teraz wśród kosodrzewiny i wapiennych skał. Po wczorajszym deszczu wszystko jest mokre i po jakimś czasie buty, mimo membrany i ochraniaczy, przemakają. Od tej pory do końca biegnę w mokrych skarpetach. Przed 5-tą wschodzi słońce i temperatura podnosi się wyraźnie.

przejście grani tatr zachodnich_1

przejście grani tatr zachodnich

05.39 – Siwy Wierch

Pierwsze duża kulminacja w grani, z podejściem wśród skał po łańcuchach. Na szczycie jestem w tempie niemal dwa razy szybszym niż przewodnikowe, lekki plecak jest właściwie niewyczuwalny. Na stromym zejściu czuję brak kijków teleskopowych, trochę walczę z kosówką i kruchym terenem. Dość szybko przechodzę przez przełęcz Palenica i zaczynam długie podejście pod Zuberski i Brestową.

przejście grani tatr zachodnich

07.25 – Salatyn

Pierwszy wierzchołek powyżej 2 000 m. Tuż pod szczytem, na zboczach pojawia się śnieg, ewidentnie świeży, prawdopodobnie po wczorajszym opadzie. Na szczycie pogoda cały czas idealna, choć w oddali, na południu, znad grani Niżnych Tatr, nadchodzą pierwsze, drobne chmury. Oby aura utrzymała się, przynajmniej do prognozowanej 17-tej. Widać w oddali kolejne szczyty grani, wyraźnie widoczne są Giewont i Świnica, pozwalające ocenić jak długa jeszcze droga przede mną. Choć idę dopiero czwartą godzinę, pojawiają się pierwsze oznaki zmęczenia, tempo jakie narzuciłem jest jednak szybkie, skracam przebiegi o 1/3. Zaczynam się  obawiać czy nie tracę sił zbyt wcześnie, pozbawiając się rezerwy na zakończenie. Od tej pory moje tempo słabnie, choć zegarek na ręku dopinguje i każe nie zatrzymywać się zbyt często.

09.13 – Banówka

Spotykam tu pierwszych turystów, grupę z dużymi plecakami, schodzącą na zachód. Po prawie 6 godzinach od startu pogoda wyraźnie się zmienia, pojawiają się pierzaste chmury oraz niższe cumulusy, napływające od południa, znad Wielkiej Fatry i Niżnych Tatr. Jestem w 1/4 długości grani, czas mam dobry, ale zmęczenie jest już wyczuwalne. Pojawiają się wątpliwości – czy dam radę?

przejście grani tatr zachodnich

09.12 – grań Trzech Kop

Za Banówką zaczyna się najtrudniejszy odcinek, ciągnący się niemal do Wołowca, gdzie marsz zamienia się w kluczenie granią i zejścia eksponowanymi odcinkami po łańcuchach. Przejście trzech dużych turni trwa długo, odcinki wąskiej, ale łatwej ścieżki przeplatają się z eksponowanymi odcinkami ścian i kominów. Po lewej, północnej stronie, otwiera się widok na Rohackie Stawy i Wołowiec. Wydaje się być na wyciągniecie ręki, ale dzielą mnie od niego jeszcze odstraszające granie Rohaczy. Turystów spotykam teraz regularnie.

Dalej – trudne i wysiłkowe podejście na Rochacz Płaczliwy. Mało eksponowane, ale z trudnym odcinkami. Przypominam sobie moją zimową próbę przejścia tatr Zachodnich sprzed lat i staram wyobrazić sobie, jak musiałaby wyglądać wspinaczka w tym miejscu przy zasypanych przez śnieg łańcuchach. Z ciężkim plecakiem i w rakach byłoby całkiem interesująco, przygoda zahaczająca o alpinizm. Pogoda coraz gorsza, odległe szczyty zaczynają być zasłonięte chmurami, pomału schodzącymi na pułap 2 000 metrów. Zejście ze szczytu mocno „daje” w kolana i łydki, teraz już regularnie co godzinę odpoczywam. Jeśli już teraz, po przejściu 1/3 drogi, mięśnie palą, to co będzie dalej? „Nie sukces jest ważny, ale dążenie do niego” – powtarzam sobie w głowie słowa Steve’a House’a i napieram dalej, starając się obserwować stan nóg. Oceniam, że jeśli dojdę na Wołowiec o 13-ej, będzie znakomicie, jeśli o 13.30 – wciąż bardzo dobrze.

Na podejściu pod Rochacz Ostry odwracam się by zobaczyć, jak szczyt, który właśnie opuściłem, skrywają pierwsze chmury. Ich powłoka jest już zwarta, nieba nie widać. Pogoda idzie ewidentnie ku gorszemu, ale na szlaku wciąż sporo ludzi. Mija mnie para Polaków w kaskach i z lonżami na via-ferraty – ciekawe co pomyśleli o samotniku zasuwającym wzdłuż łańcuchów w kalesonach i z mikroplecaczkiem? Pod szczytem niespodziewane znalezisko – na ścieżce leży kominiarka. Tknięty impulsem zabieram, szukanie właściciela nie zdałoby się raczej na nic. A może ktoś z Was zgubił ostatnio coś na grani Tatr Zachodnich?

12.00 – Rochacz Ostry

Wymagające zejście plątaniną kominów i półek, niezbyt trudne, ale gdy oglądam się na dole, wydaje się, jakby ścieżka stawała dęba, prowadząc pionową ścianą. Schodzę na Jamnicką Przełęcz i oddycham z ulgą – tu kończy się najtrudniejszy odcinek grani, dalej będzie tylko łatwiej.

12.45 – Wołowiec

Po niecałych 9 godzinach jestem na granicy Polski. Czasowo szczyt ten wyznacza mniej więcej połowę Tatr Zachodnich, choć pod względem dystansu środkiem grani jest leżący trochę dalej Jarząbczy. Wynika to jednak stąd, że trudności technicznych będzie już mniej, skończyło się pokonywanie eksponowanych odcinków skalnych. Na wierzchołku siadam w osłoniętym miejscu i podbudowuję psychę kokosowym batonem, po czym zapadam w drzemkę. Mija mi na niej pół godziny, cały postój trwa 45 minut – o wiele za długo, ale chyba był mi potrzebny do zregenerowania się. Zaczynam zejście o 13.30 i niemal od razu zaczyna padać.

14.13 – Łopata

Szlak trawersuje szczyt od strony słowackiej. To ostatni moment dobrej widoczności na długo. Kręcę tu krótki film, ostatni tego popołudnia, po którym zaczynam podejście na Jarząbczy. Tu siły opadają ze mnie radykalnie, przychodzi też nagły, silny wiatr z ostrym deszczem. Staram się iść, ale zmęczone ciało potrzebuje już odpoczynku, przystaję co 30-50 metrów, by złapać oddech i dać wypocząć mięśniom nóg i kolanom, które zdecydowanie wołają o litość. Deszcz mrozi policzek, wciska się pod kaptur wiatrówki i szarpie nim, bijąc w oczy. Pode mną kilkoro turystów beznadziejnie walczy z pelerynami, mimo niepogody zdecydowali się pójść granią w stronę Trzydniowiańskiego lub Ornaku. Podejście zygzakami na Jarząbczy zdaje się nie kończyć, choć to „tylko” 300 metrów w pionie, ale po 11 godzinach żadna wysokość nie jest już łatwa i czuję każdy ruch. Przychodzi refleksja, że na tym, łatwiejszym już, odcinku przydałyby się bardzo kijki teleskopowe. Te, które mam w domu, były jednak zbyt ciężkie na taki rajd i nawet przytroczone do plecaka byłyby niewygodne podczas wspinaczki kilka godzin wcześniej. Idę więc wolniej, stawiając ostrożniej kroki i wybierając bliższe siebie stopnie, by oszczędzić kolanom dodatkowego impetu przy „lądowaniu”. Deszcz przechodzi na szczycie, tylko po to, by wrócić na zejściu. Na szczęście wiatrówka, choć bez membrany i cienka jak papier, okazuje się zaskakująco odporna na wodę i podmuchy wiatru.

przejście grani tatr zachodnich

Zaczynam wahać się czy iść dalej. W głowie pojawiają się kolejne opcje: zejść na Trzydniowiański Wierch i odpuścić sobie całe przejście, w końcu tempo spada radykalnie, kolana chyba siadają, a pogoda nie daje mi szans. Albo zejść do schroniska Ornak i kontynuować jutro, do diabła z tłuczeniem kilometrów i wynikiem, jutro też jest dzień. „Nie liczy się sukces, lecz dążenie do niego” – powtarzam sobie po raz kolejny i choć wiem, że rezygnacja lub odłożenie dalszego ciągu na jutro nie byłoby żadnym wstydem, będę szedł dopóki mogę. Coś każe mi utrzymać się grani, jakaś nadzieja na lepsze warunki, ambicja, wola walki? Mówię sobie, że dopóki nie pełznę jest dobrze i ewentualną decyzję o zejściu na bok mogę podjąć jeszcze dalej, gdy szlak odbije na Ornak.

Na Kończystym niemal wszyscy idący granią skręcają w dolinę. Siadam na kamieniu i tępo gapię się w przestrzeń, odpoczywając. Zaczyna łapać mnie typowa przy silnym zmęczeniu obojętność. Ktoś staje za moimi plecami.

– Jak samopoczucie? – słyszę.

– Może być.

– Też biegniesz? Dokąd?

– Zasadniczo myślałem o Kasprowym.

Młody turysta przysiada obok, ubrany podobnie jak ja, w legginsy i wiatrówkę.

– Też był taki plan, ale przy tej pogodzie odbiję chyba na Ornak. Dobra, lecę, bo zimno, nie mam pod tym nic poza bielizną – i biegnie. Dosłownie, bo kilka minut później widzę go wysoko na zboczach Starorobociańskiego. Ja nie mam już tyle krzepy, po prostu idę, na podejściach odpoczywając. Gdy tylko staję i pochylam się, mam lekkie zawroty głowy. Brak jedzenia, zmęczenie, może utrata elektrolitów? Ze zdumieniem odkrywam, że od dłuższej chwili mam mocno spuchnięte dłonie, tak mocno, że nie daję rady zacisnąć ich normalnie w pięści. Z uporem sunę jednak dalej, przez szczyt, w stronę Pysznej. Przeciera się i dopiero po pewnym czasie dostrzegam, że minąłem już odbicie zielonego szlaku na Ornak. Dalej prosto jest już tylko grań. OK, decyzja podjęła się jakby sama. Postanawiam – dociągnę na Tomanową Przełęcz, na tyle przynajmniej mnie stać. Tam zobaczymy co dalej. Zawsze mogę – świta mi – zejść z grani i wejść na Ciemniak zwykłym szlakiem, dłuższym, ale dobrze oznakowanym i bez trudności. Albo ewakuować się do schroniska w dolinie. Idę przed siebie pomału, jak automat, mechanicznie i tępo, bez refleksji. Nie myślę o dotarciu na Liliowe, moim jedynym celem jest kolejne skrzyżowanie szlaków, kolejny szczyt, najbliższa przełęcz.

17.09 – podejście pod Błyszcz

Przejaśnia się na tyle, że spory fragment grani za mną odsłania się. Na chwilę pokazuje się nawet słońce, pode mną pojawia się na moment widmo Brockenu.

tatry_zachodnie_gran

17.23 – Pyszniańska Przełęcz

Tu kolejny odpoczynek, w niewielkim zagłębieniu poniżej szlaku, gdzie chowam się przed wiatrem. Łapię kolejnych kilkanaście minut drzemki, tym razem zupełnie bezwiednej. Za przełęczą zaczyna się kilkugodzinny odcinek bez szlaku. W taką pogodę strażników nie spotkam, mam jednak  wątpliwości czy powinienem. Ostatecznie decyduję na „tak” i o 18.00 ruszam na nowo. Ścieżka jest wyraźna, nie poczynię więc zniszczeń w roślinności, a w pogodę taką jak ta nie spłoszę żadnego zwierzęcia. Jakby na potwierdzenie tej myśli na podejściu pod Kamienistą przychodzi wichura, deszcz siecze w twarz jak igłami. Kolejne wątpliwości – zwrócić? Teraz już nie. Zawsze mogę wycofać się z przełęczy. Na podstawie mapy obliczam, że najdalej o 22.30 powinienem dojść na Tomanową. Czy dam radę zmieścić się w 24 godzinach? Dochodzę do wniosku, że do diabła z tym. Ne będę wyciskał rekordu za wszelką cenę i jeśli będę czuł się naprawdę źle, wejdę na Ciemniaka od północy, szlakiem. Wydłuży to wejście o godzinę, ale będzie dużo bezpieczniejsze. Za Kamienistą deszcz znika i niespodziewanie chmury unoszą się. Ścieżka omija bokiem szczyt Smreczyńskiego Wierchu, chwilami widać grań Stołów, która mam podchodzić na Ciemniaka. Korzystając z tego, że ją widzę, wytyczam w myślach trasę podejścia. Jeszcze jedno, nużące podejście pod Tomanowy, długie zejście wśród gęstej kosówki i jestem na przełęczy.

gran_tatr_zachodnich_8

21.00 – Tomanowa Przełęcz

Przez ostanie 2-3 godziny zmęczenie utrzymuje się na stałym poziomie. To dobrze. Kontroluję zapas wody i jedzenia. W camelbagu jeszcze prawie 1,5 litra, ale prowiant na wykończeniu, a czeka mnie kluczowe podejście. Podejmuję decyzję – rezerwa kalorii w postaci odżywki i szaszetka Orsalitu z minerałami idą w ruch. Zalewam wodą dziwny proszek o smaku wanilii i piję powstałą zawiesinę. Podobno wchłania się w 5 minut i zawiera wszystko, co trzeba do życia, więc może podtrzyma mnie jakiś czas. W zapasie zostanie ostatni batonik musli. Zanim zapada kompletna ciemność pakuję się i odszukawszy niewyraźną ścieżkę przez kosówkę, zaczynam podejście. Czy sprawiła to cudowna pasza, czy 30 minut postoju –  ku mojemu zdziwieniu podchodzę szybko i bez bólu. Już przy świetle latarki mijam Stoły, ścieżka momentami jest niewyraźna, ale dość pewnie prowadzi na pierwszą kulminacje grani i dalej na północ. Gdy jestem już wysoko nad doliną ślad urywa się, podchodzę jednak według kompasu wiedząc, że wyżej musi być grań. Stromy, trawiasty stok jakby się nie kończył, ale już o 22.30 jestem koło wierzchołka Ciemniaka.

22.30 – Ciemniak

Od razu trafiam na czerwony szlak w stronę Kasprowego. Wiem, że to już ostatnie 3-4 godziny i teraz muszę wytrzymać. Czuję się zresztą nieźle, mimo ponad 400 metrów ostrego podejścia idę dalej bez odpoczynku. I w tym momencie przychodzi uderzenie – zaczyna padać deszcz, a od słowackiej strony trafia we mnie potworny podmuch. To nie jest porywisty wiatr, taki, jak pod Kamienistą. Tym razem to prawdziwy huragan, który dosłownie zwala z nóg. Zataczam się na obie strony ścieżki, chwilami nie mogąc normalnie iść. Deszcz tnie w twarz jeszcze mocniej niż poprzednio, podmuchy niemal wywalają mnie na kamienie. Boje się, że wiatr może przyjść w chwili, gdy po lewej stronie znajdzie się jedna z przepaści, pochylam się więc i idę. Uderzenia mają potworną siłę, mam wrażenie, że lekki już plecak zaraz zerwie się z pleców. Z trudem utrzymuję równowagę, ból twarzy nie pozwala się skoncentrować na marszu, zaczynam czuć postępujące wychłodzenie. I wtedy przychodzi m do głowy myśl, że jeśli chcę przeżyć, muszę zrobić tylko jedno: iść szybciej. Daję z siebie jeszcze więcej i na przekór huraganowi włączam trzeci bieg. Na odcinkach, gdy wieje w twarz, prawie mnie zatrzymuje, prędkość musi wynosić ponad 120-140 km/h. Nie wiem, jak długo to wytrzymam, ale wątpię, abym do Kasprowego dał radę iść w takich morderczych warunkach. Mimo to zmuszam się do marszu.

Po godzinie jestem niżej, tu po obu stronach często rośnie kosówka, dając osłonę przed żywiołem. To mnie ratuje, znajduję zaciszne miejsce za skałą w okolicy Kopy Kondrackiej, jem ostatnie kęsy pożywienia, odpoczywam. Twarz pali niczym oparzona, usta jakby popękały. W końcu to deszcz we mnie walił czy grad? Ścieżka prowadzi wśród skał i kosodrzewiny, teraz wiatr dociera rzadko i znacznie słabszy. Idę szybko, mijam skalne odcinki, w których poznaję Goryczkowe Czuby. Już niedaleko. Pomaga znajomość tego odcinka z wiosennego przejścia w śniegu, sprzed kilku lat. Teren wyrównuje się, wiatr wraca, ale jakby słabszy, wiem już, że jestem blisko. W pewnej chwili przysiadam za skałą i wyłączam latarkę. Chmury podnoszą się, w dole widać światła Zakopanego, a nieco nade mną dostrzegam czerwone światło z okna. Stacja meteo na szczycie. To już najwyżej 10 minut.

Zmuszam się do ostatecznego wysiłku. Końcowe podejście wyprowadza mnie pod obserwatorium, stamtąd schodzę obok absurdalnie oświetlonej stacji kolejki. Jest pusto, tylko wiatr wyje. Szeroka ścieżka wyłożona płytami prowadzi krawędzią grzbietu, po lewej światło latarki ginie w dolinie. Cały czas w potężnej wichurze schodzę przez kilka zakosów, pokonuję pusty odcinek ścieżki, wiatr wyciska łzy z oczu, aż nagle staję pod drogowskazem.

01.51 – Przełęcz Liliowe

Przyklękam przy słupie i trwam tak krótką chwilę, a potem robię kilka nieudolnych zdjęć, w ciemności i przy uderzeniach wiatru. 21 godzin i 59 minut według mojego naręcznego zegarka. Wynik dobry, lepszy niż się spodziewałem jeszcze kilka godzin temu, walcząc z własną słabością, a potem huraganem na grani Tatr. Nie potrafię jednak się cieszyć. Po raz kolejny wiem, że przełęcz tylko wskazywała drogę, a najważniejszy był pojedynek stoczony z samym sobą przez minioną dobę. Teraz trzeba zejść, możliwie szybko.

gran_tatr_zachodnich_9

Schodzę, ale podmuchy wichury docierają nawet na dno Doliny Gąsienicowej. Trudności nie puszczają do końca. Zejście kamiennymi płytami dobija mnie ostatecznie. A może to już świadomość końca powoduje, że organizm rozłazi się w szwach? O 3.00 w nocy docieram do Murowańca. W recepcji nikogo nie ma. Nawet lepiej. Siadam przy ścianie pod grzejnikiem, zrzucam mokre ciuchy i buty, kilka osób wychodzących do toalety patrzy na mnie dziwnie, nic nie mówiąc. Napełniam bidon gorąca wodą i wkładam pod bluzę jak termofor, po czym kładę się na dywanie i zasypiam na wznak jak kamień. Budzik zrywa mnie po zaledwie 2 godzinach. Jest jasno, nie pada, choć wiatr dalej szaleje. Czuję się nadspodziewanie dobrze, mięśnie i stawy niemal nie bolą, ale zejście do Kuźnic weryfikuje siły. Gdy o 7.00 docieram na parking, czuję się jak zezwłok. Boli mnie wszystko, od karku, po obtarte stopy. Nogi jak z drewna. W Zakopanem energię przywracają mi dopiero jajecznica, kiełbasa i gorąca herbata w barze „Grota”.

I to chyba wtedy, patrząc na opustoszałe, poranne ulice, po których przewala się wiatr czuję, że zrobiłem coś nowego, przełamałem barierę. Nie tylko tę fizyczną, ale także barierę lęku i niepewności, jakie mi towarzyszyły w tej drodze. To było ważniejsze od bicia rekordów. Najważniejsze działo się w głowie. Zyskałem odrobinę większą pewność siebie i wiarę w moc, jaką w razie potrzeby mogę z siebie wydobyć.

Grań Tatr Zachodnich – podsumowanie

Podszedłem do przejścia Tatr Zachodnich bez większego przygotowania, chcąc sprawdzić się przed wyjazdem w Pireneje. W minionych miesiącach niewiele trenowałem, mając za sobą biegi na dystansach zaledwie 10-15 km. To mało w porównaniu z długością grani, dużo jednak zdziałała sama świadomość, że mogę to zrobić.

Kluczem do sukcesu było też wyposażenie. Okazuje się, że miałem ze sobą dokładnie to, co było potrzebne na te warunki i ani jednej rzeczy za dużo. Szczęściem było znalezienie kominiarki (traf? chyba nie), której używałem za Jarząbczym, aż do końca drogi. Podobnie było z jedzeniem – zapas jaki dźwigałem wydawał się dokładnie obliczony do tego dystansu, choć dodatkowa czekolada lub dwa batoniki zwiększyłyby margines bezpieczeństwa. Miałem ze sobą dokładnie 3 000 kcal. Po powrocie do domu oszacowałem, że dystans jaki przeszedłem, wraz z ponad 4 km podejść, wymagał około… 12 000 kcal. Deficyt był więc duży, ale w czasie 24 godzin nie wywołał żadnych problemów. Natomiast moja waga spadła w ciągu tej doby o ponad kilogram. I nie jest to wina odwodnienia.

Ilość wody okazała się tylko nieznacznie większa od niezbędnej. Zaczynałem mając 3 i 1/3 litra, do schroniska zszedłem z około 0,5 l.

Kwestia szczęścia? Może, ale także rozsądnego oszacowania ile potrzebuję i bez czego mogę wytrzymać w takiej drodze. Ostatecznie tylko dwie rzeczy, jakie niosłem w plecaku, nie zostały użyte: rolka bandaża elastycznego i rezerwowe baterie do latarki. Gdybym mógł dorzucić cokolwiek do mojego bagażu, byłyby to wyłącznie bardzo lekkie kijki teleskopowe, dla odciążenia stawów na łatwiejszych odcinkach.

Czy mógłbym poprawić osiągnięty wynik? Zdecydowanie tak, głównie dzięki treningom wytrzymałościowym. Nie zamierzam jednak próbować sił na tej samej trasie. Niech zostanie fajnym wspomnieniem, a kolejne rekordy wolę bić w nowych miejscach.

Na zakończenie

Przejście Tatr Zachodnich nie udałoby się bez wielu elementów mojego wyposażenia. Bielizna, buty, jedzenie – istotny był tu każdy detal i brak czegokolwiek mógł „położyć” całe przedsięwzięcie. Są jednak trzy rzeczy, których zabranie okazało się kluczowe podczas tego marszu. Jeśli ktoś zapyta czy mam je od sponsorów, odpowiedź brzmi „tak”. Nie piszę jednak o nich, by uprawiać komuś reklamę. Gdybym zapłacił za nie z własnej kasy, wspomniałbym o nich dokładnie tak samo, gdyż z perspektywy czasu naprawdę uważam je za kluczowe:

1. Wiatrówka. Z tego drobiazgu jestem dość dumny, gdyż sam chyba przyczyniłem się do jej powstania. Po powrocie z Iranu spotkałem się z Kasią Nizinkiewicz, właścicielką Kwarka i przedstawiłem jej projekt lekkiej kurtki do biegania i wędrówek, wiatroszczelnej i maksymalnie prostej. Prototyp trafił  moje ręce przed miesiącem i to przejście było jego testem. Tkanina Pertex Microlight nie tylko zatrzymała każdy wiatr (nawet szaleńczy orkan na Czerwonych Wierchach), ale także gwałtowny deszcz, padający tamtego dnia przez kilka godzin. Pod względem wodoszczelności pobiła niejedną kurtkę membranową! Na szybkie wejścia i krótkie wyjazdy (1-dniowe lub weekendowe) swobodnie może być jedyną ochroną przed deszczem i wiatrem.

wiatrowka_tatry

2. Plecak. Z rzeczy Marmota korzystałem w Iranie, teraz dzięki dystrybutorowi tej marki, dostałem także plecak na przejście Tatr. Jest to Kontract 16, model z 2-litrowym camelbagiem i fajnym system kieszonek (jednej na zewnątrz i jednej wewnętrznej), ma też lekkie i bardzo wygodne paski nośne, zapewniające znakomitą wentylację. Wyposażono go w pas biodrowy i piersiowy, odkryłem jednak, że przy tak małym obciążeniu w ogóle nie muszę z nich korzystać, by wygodnie iść. Pomieścił całe wyposażenie ze znacznym zapasem. Jest bardzo lekki i myślę, że będzie moim ulubionym towarzyszem na krótkie wypady i wszelkie „szybkie akcje”.

3. Odżywka Peronin firmy Trek’ n Eat. Jedzenie dla kosmonautów, które zaadoptował przemysł turystyczny. 100 gramowy pakiet zawiera 18 gramów białka i 60 gramów szybko przyswajalnych węglowodanów, plus masę witamin i podstawowe minerały. Jestem generalnie wrogiem jakiejkolwiek chemii dodawanej do żywności, nie kupuję też z zasady liofilizatów, samemu przyrządzając w górach posiłki. Tym razem dostałem jednak możliwość wypróbowania takiej „paszy dla harpaganów”, wziąłem więc jeden pakiet jako rezerwę. Zadziałał, dając faktycznie bardzo szybkiego kopa. Na tyle, że po 17 godzinach intensywnej akcji, bez problemu znalazłem siły, by bez zmęczenia zrobić szybkie podejście na Czerwone Wierchy, przeskakując następnie kilka kolejnych szczytów. Klucz do działania tej mieszanki polega chyba na bardzo szybkim przyswajaniu jej składników. Cena pakietu, około 20 zł, to dość sporo, ale jeśli potraktować ten preparat jako rezerwę mocy w sytuacji awaryjnej lub szybki strzał podczas maratonu, jest warty uwagi. Mnie uratował przed osłabnięciem z głodu na ostatnich kilku kilometrach.

Na koniec lista sprzętu jakiego używałem, z podziałem na ubrania (przez połowę drogi miałem na sobie cały zestaw), wyposażenie niesione w plecaku i jedzenie:

Na sobie:

  • buty Aku Rock Lite II GTX – podejściówki używane w górach Iranu, po tym przejściu przechodzą na emeryturę
  • 2 koszulki Kwarka w wełny merino, długi rękaw
  • bluza Marmot Stretch Fleece
  • wiatrówka Kwark Castabona
  • leginsy Craft Zero Extreme Underpants
  • spodenki – Marmot Cruz Pants przerobione na krótkie
  • skarpety wełna/poliester
  • cienki buff
  • skarpety Expansive Runner z coolmax’u (rezerwa i na powrót)
  • kominiarka (znaleziona w drodze)

Sprzęt (około 1 kg):

  • plecak Marmot Kontract 16 – lekki plecak do biegania, rajdów i wędrówek na lekko
  • camelbag Hydrapak (w zestawie z plecakiem) – 2l
  • bidon Nalgene Ultralite Wide Mouth [LINK] – 1 l
  • bidon Hydrapak Softflask – 0,5 l
  • czołówka Petzl Tikka + 3 baterie zapasowe
  • kompas Silva 9
  • mapa Zapadne Tatry 1:25 000, VKU Harmanec
  • plastry z opatrunkiem – 6 szt. (przydały się)
  • bandaż elastyczny (niewykorzystany)
  • płachta awaryjna SOL Emergency Bivy (rodzaj NRC-ty w kształcie mumii)
  • zegarek
  • telefon, dokumenty, pieniądze (PLN i euro)

Jedzenie (około 880 g):

  • batony zbożowe Corny z czekoladą – 6 szt. x 50 g
  • batony kokosowe Bounty – 2 szt. x 165 g
  • odżywka węglowodanowo-białkowa Trek n’ Eat Peronin – 100 g
  • Orsalit do uzupełniania soli mineralnych – 5 saszetek x 4,8 g (zużyłem 2)
  • mleko słodzone skondensowane – 150 g (śniadanie na starcie)

 

To… Bieg Rzeźnika za rok? 🙂

42 komentarze

  1. Które odcinki konkretnie przechodzi się poza szlakami? Myślę o podobnym przejściu, ale martwi mnie trochę konieczność zboczenia z wyznaczonej trasy i możliwość narażenia się na mandaty.

    Czy na trasie były jakieś niebezpieczne, ryzykowne miejsca?

    • 1. Poza szlakami przebiega odcinek grani Tatr Zachodnich między Przełęczą Pyszniańską (gdzie kończy się czerwony szlak słowacki), a wierzchołkiem Ciemniaka. Latem, w porze dziennej, to około 5 godzin. Jako przyrodnik nie powinienem pewnie przyznawać się do takiego naruszenia, ale, jak zaznaczyłem w opisie, ścieżka jest czytelna, a warunki na grani zastałem fatalne, więc spłoszenie czegokolwiek nie wchodziło w grę. Oczywiście taki argument nie przemówiłby do straży parku, ta jednak nie pojawiła się na mojej drodze, co zawdzięczam także pogodzie.

      2. Ryzykowne miejsca to na pewno odcinek Banówka – przeł. Jałowiecka, miejscami przypominająca Orlą Perć, choć doświadczonemu turyście nie sprawi on kłopotów. Drugim jest grań Stołów na Ciemniaku, dość łatwa w dzień, nieco zagmatwana nocą.

      Osobom chcącym trzymać się szlaków poleciłbym zejście z grani przez Ornak do doliny Kościeliskiej, po czym wejście na Ciemniach szlakiem od zachodu. Wydłuży to drogę, ale będzie w 100% legalne.

  2. Piotrek

    Jesteś aktywistą Greenpeace a biegasz po parku narodowym tam gdzie nie ma szlaku i po zmroku choć nie wolno, jednocześnie „chwaląc się” (niejako promując to) na blogu?
    Sam jestem amatorem fotografii szczególnie przyrody i krajobrazu i ilekroć oglądam zdjęcia wykonane w Tatrach bardzo późnym wieczorem, świtem kiedy warunki oświetleniowe i „efekty specjalne” są najlepsze lub nawet – o zgrozo – w nocy, mam mieszane uczucia gdyż łamie to zasadę dzień dla turystów noc dla zwierząt. Posiadam odpowiedni sprzęt, kondycję mógłbym bez problemu wzbogacić swoje portfolio o podobne zdjęcia a jednak czasami warto poświęcić swoje ambicje dla wyższej sprawy jaką jest ochrona tego obszaru.
    Niby można zdobyć odpowiednie zezwolenia i wtedy jest to w 100% legalne – jak piszesz, ale czy moralne? To jak z niedawną wycieczką autokarem włodarzy TPN i ich gości do Morskiego Oka (Włosienicy) – niby legalnie ale niesmak jest.
    Prowadząc tak świetnego bloga, wydając bardzo dobrą książkę o swojej podróży Karpatami jesteś autorytetem w tej dziedzinie dziwi mnie więc taka „akcja”. Może nie o wszystkim warto pisać publicznie?

    • Bardzo dobre pytanie i miałem co do tego wątpliwości. Po pierwsze – czy w ogóle iść? Po drugie – czy iść nocą? Przyznam, że za decyzją na „tak” przemówiła w dużej mierze pogoda, która wykluczała spłoszenie czegokolwiek na grani. Widoczność w deszczu nie przekraczała 50 m, a nocny wiatr wymiótł z grani wszystko co żywe. Tak jak wspomniałem w relacji, nie było więc opcji na spłoszenie czegokolwiek.

      Działam w Greenpeace, ale nie patrzę bezkrytycznie na ochronę Tatr. Nie jestem, na przykład, zwolennikiem dyskutowanego ostatnio ograniczania dostępu do ścian taternikom. OK, wspinaczka wiąże się z chodzeniem poza szlakami, do podstawy ścian, a niekiedy także nieplanowanymi biwakami. To zdecydowanie łamie zasadę o której wspominasz. Mimo to nigdy nie wspinałbym się w masywie Giewontu czy Kominiarskiego Wierchu, gdzie trafić można na gniazda bardzo rzadkich ptaków.

  3. Łukasz, Piotrek miał na myśli, to, ze złamałeś przepisy obowiązującego prawa i piszesz o tym publicznie. Tylko to ubrał w ładne słowa, żeby Ci nie było głupio..

    Ja powiem prościej, zachowałeś się nieetycznie. Zastanów się może nad zdjęciem tego wpisu z bloga, bo to zwyczajnie kiepski przykład dla młodzieży.

    • Zgadzam się z łamaniem prawa, natomiast z nieetycznością już mniej. Przed takim dylematem musi niestety stanąć każdy, kto latem czy zimą wędruje granią Tatr Zachodnich. Stawali przed nią pewnie wszyscy, którzy to przejście opisywali, do relacji których wstawiłem odnośniki. No i oczywiście Ci, którzy w latach 50. robili pierwsze przejścia Wielkiej Grani Tatr, z Andrzejem Zawadą włącznie. Na sprawę ochrony Tatr patrzę jednak szerzej niż moje przejście.

      Paradoksem jest dla mnie fakt, że idąc samotnie granią Tatr i wyrządzając szkodę bliską zera, popełniam wykroczenie, a w tym samym czasie w pogodny dzień, wprost na tą samą grań Tatr, na godzinę dostarczanych jest kolejką 360 osób, często dużo mniej świadomych, jak zachować się w tych górach. Szkodliwość ruchu ich i mojego, gdy wędruję nocą i podczas wichury, trudno porównać – w ciągu tych 22 godzin widziałem z bliska jedną kozicę i to będąc jeszcze na szlaku. W tym samym czasie, jak donoszą ostatnie wieści, TPN pracuje nad ograniczaniem ruchu taternickiego tam, gdzie dotychczas był on dozwolony. O obecności w TPN infrastruktury zjazdowej i skoczni nie wspomnę. Skutek jest taki, że Ci, którzy o Tatry dbają i szkodzą im najmniej lub wcale, są z tych gór usuwani, a ci, których świadomość przyrodnicza jest zazwyczaj dużo niższa, otrzymują natychmiastowy wstęp do serca parku.

      Sądzę, że wiem co masz na myśli pisząc „nieetyczne” – przejście w takim kształcie nie jest dozwolone. Z mojego punktu widzenia – miłośnika Tatr, turysty i wspinacza – jest ono jednak dużo bardziej etyczne niż to, co dzieje się w Tatrach od lat. Choć oczywiście rozumiem, że nie dla każdego z moich Czytelników będzie to usprawiedliwieniem. I szanuję taką opinię.

  4. Co do łamania prawa i etyczności to sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Abstrahując od tego konkretnego przykładu, nie zawsze to co zgodne z prawem jest etyczne i na odwrót, nie zawsze działania niezgodne z obowiązującym prawem są nieetyczne. I wydaje się, że opisywana akcja wpisywała się w taki schemat. Jednak każdy musi sobie odpowiedzieć sam jak ta linia i gdzie przebiega w jego sumieniu. Nie zawsze obecność człowieka jest równoznaczna z niszczeniem przyrody. Zwłaszcza gdy jest on świadomy jak powinien zachować się w takim środowisku i czego nie powinien robić. Sam wielokrotnie natrafiałem na tego typu artykuły i wpisy w sieci i na ogół można było zorientować się czy człowiek poruszający się w terenie zamkniętym dla ruchu turystycznego potrafił to zrobić bez szkody dla środowiska lub z jak najmniejszą szkodą. Argumenty Łukasza koniec końców przemawiają do mnie.

  5. Drodzy dyskutanci,
    Ja bardziej obawiam się wyginięcia prawdziwych wędrowców i miłośników natury i przyrody, niż wyginięcia poszczególnych przedstawicieli fauny czy flory.
    Łukasz ma wielką świadomość swoich wyczynów i nigdy nie zauważyłem, by górowały one nad dbaniem o stan Matki Natury.
    Człowiek potrafi współżyć z otoczeniem i wtedy, gdy jest tego świadom i w zgodzie z tą świadomością postępuje, nie są potrzebne żadne uregulowania prawne dla niego. Niestety, są one konieczne dla całej masy rozwrzeszczanej „stonki” i innych „konsumentów” gór.

    Ja sam sporo chodzę po górach i ogólnie pojętym outdoorze, mam swoje zasady i czasem przedkładam je ponad „betonowe” przepisy. Ale nigdy po to, by zaszkodzić przyrodzie. Dzięki temu widzę i słyszę to, co inni zawczasu wypłoszą idąc dozwoloną ścieżką…

    Łukasz sam jest jak górski kozioł 😉 i takim ludziom trzeba czasem pozwolić na coś więcej, zamiast cytować ulubione przepisy. Popatrzcie czasem na to zagadnienie otwartym umysłem.

    Primum: Non nocere – Po pierwsze: nie szkodzić – tak też można po górach chodzić! 🙂

    • Jacku podobnie myślę o tym jak ty. Jednak chciałem jak najzwięźlej się wypowiedzieć we wcześniejszym wpisie. Czasem te przepisy są tylko drogowskazem. I kierują naszymi rozważaniami we właściwym kierunku. Dzięki temu łamiąc je robimy to odpowiedzialnie i tak aby nie szkodzić. A czasem są batem na nas i tych którzy niszczą wszystko to co jest w około. Przepisy są potrzebne ale nie są najwyższym autorytetem moralnym i czasem warto je złamać. Jednak mając taką świadomość, że możemy ponieść nieprzyjemne konsekwencje swoich czynów.
      Pamiętam ze swojej szkoły średniej taki humorystyczny spis zasad, który nosił miano „10 zasad szczęśliwości użytkowania urządzeń elektrycznych”. Były tam takie zasady jak:
      urządzenia elektryczne nie działają bez prądu
      jeśli urządzenie elektryczne nie działa sprawdź czy jest wpięte do sieci energetycznej
      I w tym guście aż do dziewiątego. Ale najlepsza była zasada ostatnia:
      jeśli złamanie wszystkich powyższych zasad przyniesie mniej szkody niż ich zastosowanie należy je złamać.

  6. Piotrek

    Nie trafiają do mnie Wasze argumenty. To za sprawą sprzętu i informacji wszystko powszednieje – co kiedyś było dla wybranych, teraz dostępne jest dla wszystkich. Wiem Yatzek że Ty, Łukasz i Wam podobni nie wyrządzają przyrodzie szkody, ale może chętnych na przejście grani, nocne wędrówki, zbaczanie ze szlaków jest więcej niż się wydaje a prawny zakaz to jedyne co ich powstrzymuje?
    To jak z przechodzeniem przez ulice na czerwonym świetle – pora małego natężenia ruchu, dobra widoczność w obydwa kierunki, nic nie jedzie – po co więc stać i czekać? A jednak (w Krakowie) przy niektórych przejściach są tabliczki z krótkim przekazem, który dużo zmienia – „przechodząc na czerwonym świetle dajesz zły przykład dzieciom”. To samo zdarzenie powtórzone przez inną osobę, w innych warunkach może przynieść zupełnie odmienne skutki.

    Dlatego twierdze, że to relacja na ogólnodostępnej stronie robi więcej szkody niż sam wyczyn. Może o pewnych przygodach lepiej rozmawiać w gronie przyjaciół niż robić z tego mały „show” w internecie.

    „w ciągu tych 22 godzin widziałem z bliska jedną kozicę i to będąc jeszcze na szlaku” – bo resztę spłoszyłeś, może ta jedna była upośledzona i nie wyczuła w porę twojej obecności 🙂 – to tak dla rozluźnienia atmosfery.

  7. Łukasz, łamanie prawa jest nieetyczne.

    Ludzie, którzy aspirują do bycia wzorami dla innych, powinni takie być tego świadomi. Masz ukończone studia na jednym z czołowych uniwersytetów w Polsce, drugim najlepszym w Polsce. Samo to zobowiązuje Cie do trzymania pewnych norm i bycia wzorem dla mnie, który nie miał szczęścia, albo umiejętności żeby tak dobre wykształcenie zdobyć.

    Dlaczego idąc przez Iran poprosiłeś o pozwolenie? Bo tego wymagało prawo, czy tak? Czy uważasz, ze chodzenie w Polsce, tam gdzie prawo tego zabrania a nikt nie kontroluje jest w takim razie na miejscu?

    Twoje tłumaczenia są żenujące. Jeśli nie podobają Ci się zachowania innych wobec przyrody, proszę bardzo protestuj. Ale, jeśli sam łamiesz przepisy, tracisz zupełnie wiarygodność i prawo do oceniania zachowań innych.

    Strasznie mnie rozczarowałeś. Jest mi ogromnie przykro widząc, ze próbujesz bronic swoich racji, zamiast zwyczajnie przyznać się do błędu. Przecież każdy ma prawo do błędu.

    • „Łukasz, łamanie prawa jest nieetyczne.”

      Nie zawsze i nie w każdym przypadku. Znam wiele sytuacji, gdy, w sytuacji gdy prawo jest niesprawiedliwe, jego łamanie staje się moralnym obowiązkiem. Choć wejście na grań Tatr oczywiście takim nie jest.

      Być może robię błąd, pisząc o tym przejściu. Jeśli jednak mowa o szkodach, jakie wyrządziłem wychodząc poza szlak, były one w istocie zerowe. Ludzie od lat gospodarujący Tatrami mają takich szkód – dokonywanych w świetle prawa – na sumieniu całkiem sporo. Zamienianie Parku Narodowego w zagłębie narciarskie jest najlepszym przykładem. Z zasady nie oceniam ludzi, natomiast staram się oceniać skutki ich działań. Przyglądając się skutkom, kto z nas realnie szkodzi tatrzańskiej przyrodzie? Najlepiej podsumował to autor tego artykułu na Portalu Górskim, pod którego słowami (większością, nie wszystkimi) się podpisuję: http://www.portalgorski.pl/blogi/post/turystyka-pozaszlakowa-i-taternictwo-a-ochrona-przyrody-wg-tpn

      Inny przykład: ustawa o lasach wyraźnie stwierdza, że biwakowanie w nich, poza miejscami wyznaczonymi, jest wykroczeniem. Ilu z nas i ile razy biwakowało w lesie na dziko, bez pytania kogokolwiek o zgodę? Przecież robią tak setki turystów, wieczorem rozkładających się w krzakach i znikających stamtąd bez śladu o świcie. Czy w przestrzeganiu tego paragrafu też mamy być równie restrykcyjni? Bo jeśli tak, to otwarcie napiszę, ze zamierzam bez wahania łamać to prawo i to przez resztę mojego życia. I tu podobnie szkoda jaką uczynię, rozkładając karimatę między drzewami, jest zerowa. Czy to także nazwiemy nieetycznym? Jeśli tak, to otwarcie napiszę, że wyznaję inną etykę.

      „Com napisał, napisałem”. Biorę odpowiedzialność za coś, co raz opublikowałem. Jeśli jednak uważacie takie relacje za zachęcanie innych do łamania prawa – w porządku, obiecuję tego więcej nie robić.

    • Starosta

      https://pl.wikipedia.org/wiki/Ustawy_norymberskie

      Radku, stosowałbyś się do „prawa”? To tak a propos odkrycia, że prawo-etyka.

  8. Krzysiek

    Zamieszczanie takich relacji, zostawiając na boku inne kwestie, skończy się tym, że TPN zamontuje fotopułapkę na Pyszniańskiej i tak skończy się przechodzenie grani Zachodnich…

    • Jak sądzisz co się stanie z taką fotopułapką na gołej Pyszniańskiej ???. Do tego musieli by jeszcze instalacje radiową zbudować, by zdjęcia szybko przesyłać na Ornak, bo zasięg GSM na Pyszniańskiej nie jest wcale taki dobry. Zresztą można by to było obejść po stokach Kamienstej, które od Pyszniańskiej są lajtowe, mięciutkie.
      Ludzie wiedzą, gdzie TPN rozstawia na nich fotopułapki, zresztą nie wszystkie mają łączność GSM – patrz zakupy sprzętu i przetargi, które organizują. Możesz nawet typy fotopułapek sprawdzić.

  9. zgadzam się z poprzednikiem, powinieneś cieszyć się przejściem w gronie znajomych, a nie w internecie. tpn nie może cię teraz ukarać skoro się przyznałeś i jasne jest twoje nazwisko ?

  10. Wy tu dyskutujecie o przestrzeganiu prawa, a ja się pytam kto daje prawo do decydowania o dostępie ludzi do zasobów natury?

    Mam na myśli ludzi wymyślających i wprowadzających różnorakie zakazy pod różnymi – najczęściej „pożytecznymi” – pretekstami.

    Oczywiście najprościej jest coś zabronić, zamknąć, ograniczyć, itp. Przy okazji pozwalając „swoim” pod płaszczykiem „ważnych celów”, przynależności do różnorakich organizacji, grup, uprawnień, itp. Jakim prawem?!

    Uważam, że zabronione powinny być konkretne niepożądane zachowania – np. śmiecenie, hałasowanie, niszczenie przyrody, ale nie wstęp! Dlaczego jeden człowiek (któremu prawo daje taką możliwość) może przejść, a inny nie może – w sytuacji, kiedy obaj zachowywali się w tym miejscu tak samo? Przecież obaj mają taki sam wpływ na środowisko.

    Warto też wspomnieć o edukacji od przysłowiowego już przedszkola – bo ludzie od dziecka nie mają pojęcia jak powinni się zachowywać w stosunku do środowiska oraz jak ich zachowanie wpływa na to środowisko. Powielają zachowania rodziców … które jakie są widać na każdym kroku, chociażby na szlakach w Tatrach, o których tu jest mowa.

    PABLO

  11. Dziadbor

    Witaj Łukasz

    Przede wszystkim gratuluję wspaniałego przejścia grani Tatr, pokonania swoich słabości i zdobycia ważnych doświadczeń. To się liczy! teraz czas na dumę i satysfakcję ze swojego małego wyczynu (choć dla mnie, wcale nie był on mały) Zazdroszczę Ci. Hej
    I czniaj na tych którzy chcieli by Cię ocenzurować, ludzi o tak ścisłych umysłach, że pewnie dobrze by się czuli w świecie gdzie istnieją takie pojęcia jak ‚myślozbrodnia’, ‚samokrytyka’ czy ‚autocenzura’

    Pozdrawiam trzym się Łukasz

  12. Igor Nawara

    Wielkie gratulacje !!!!!!

  13. Gratuluję. Sprzyjały Ci też temperatury. Przy wyższych, 3l wody byłoby za mało.

    Pim

  14. ech…pięknie – zazdroszczę 🙂 nie tylko trasy i sukcesu co też szeroko pojętej mądrości i dojrzałości, oby tak dalej

  15. Witam, bardzo zazdroszczę osobom chodzącym poza szlakami i robiącym takie maratony (może kiedyś sam gdzieś się udam;)) ale od początku. Jestem początkujący w Tatrach (jakieś 15 dni w górach – 2 wyjazdy) moim marzeniem jest przejście Orlej Perci. Niestety mam lęk wysokości i przestrzeni, ale ciągnie mnie w góry. Staram się walczyć z tym lekiem. Stopniowo zacząłem oswajać się z przestrzenią i wysokością na niższych partiach. Wszystko szło w dobrym kierunku do czasu wejścia na Giewont – załamałem się, myślałem że to koniec mojej przygody z górami ale nie poddałem się. Szedłem coraz wyżej (Czerwone Wierchy, Wołowiec, Kasprowy, Szpiglasowy) w lipcu udało się zdobyć Kościelec z czego jestem dumny (choć przerażało mnie zejście ale nie było tak źle;)) i teraz prośba do was gdzie zrobić następny krok? Czy dam rade wejść na Rysy, Świnice, a może na Przełęcz pod Chłopkiem? Czy jestem gotowy? Pozdrawiam

  16. zgodze sie z Pablo – ale coz prawo i przywileje dla grup, jednostek zmieniajmy, wplywajmy na jego zmiane a nie je łammy:(
    naginanie go do swoich celow, ambicji itp. raczej nie powinno byc niczym tlumaczone a srogo karane i problemu takiego jak np. z Frogiem czy ostatnio „brzytwiarzem” z „Uwagi” by nie bylo jak by byla nieuchronnosc i srogosc kary:( chcesz zrobic (robisz to swiadomie) cos karalnego to ponosisz tego pelna konsekwencje – i kara powinna byc odpowiednio wysoka – np. kilka tysi pln (ot zamiast zdobyc Kilimandzaro to za ta sama kase zrobiles sobie te Tatry ale inaczej niz inni) lub obraczka na noge i 5 – letni zakaz do jakiegokolwiek parku narodowego w Polandii – czyli kary ktore odczuje milosnik przyrody:( co do wyksztalcenia to sie nie bede wypowiadal przy dzisiejszych maturach 30% i wylegu priv pseudo uczelni o poziomie nizszym niz szkoly srednie w latach 90-tych 🙁 mam pytanko do Łukasza w kwestii Kwarkowej wiatrowki – bo z jednej str piszesz ze wpadles przemoczony do schronu a z drugiej ponizej ze wiatrowka jest wodoszczelna – co wlasciwie gryzie sie z info od producenta jak i mojej wiedzy na temat samego materialu Pertex?

    • Nie jest wodoszczelna, raczej wodoodporna. Dość dobrze zatrzymała kilkugodzinny, intensywny deszcz, a ubrania pod spodem były, bo całej przygodzie, wilgotne. Przemoczone to zbyt mocne słowo, jeśli tak napisałem, to przesadziłem, przepraszam. Choć w przypadku butów prawdziwe.

  17. Łukasz, bez urazy, sumienie nie pozwala mnie milczeć ;-), ale chyba Rohacz Ostry.. Impreza w pyte.

    Menelsko pozdrawiam

  18. „09.13 – Banówka Najwyższy szczyt Tatr Zachodnich.”
    Ciekawostka 😉

    Pozdrawiam

  19. Ja mam pytanie – nie ma jakiegoś prostszego dojazdu do Zuberca? Mi nawet nie udaje się na necie znaleźć busa Zakopane – Chochołów 😉

  20. Autobusów do Zuberca już nie ma. Ja jadę taxi- mam takiego drivera 150 zł bierze, a że jadę zawsze ze znajomymi to 150/4= mało:)

  21. Od siebie dodam tylko, ze uwzgledniajac edukacje, przysposobienie oraz pelna swiadomosc tego, co czynia odciski moich butow poza szlakami (raz niemal zdeptalem gniazdo z jajkami, dobra czolowka na szczescie mnie przed tym fatalnym wypadkiem uratowala) to prawo samo w sobie jest czesto nieetyczne bo wyznacza miejsce do szczegolnej eksploatacji terenu, ktory juz sie nie rekultywuje (chyba, ze w perspektywie dziesieciu tys.lat). Problemem jest to, ze ZA DUZO ludzi chodzi po gorach a paradoksalnie MY – wprawieni, to promujemy swoimi opisami i relacjami. Osobiscie nie mam moralnych uprzedzen, by po 22 zakladac oboz i zwijac go o 3-4 nad ranem. Robie to swiadomie i z dbaloscia. Ale to ja taki jestem, a slady ludzkiej obecnosci (smieci, polamane kosodrzewiny itp.) sa swiadectwem, ze inni tak dbale do tego nie podchodza i tu tkwi problem moralny. Jednak, egoizm wyznacza kolejne cele i nie zatrzymam sie. Mamy przeludnienie na swiecie moim zdaniem i niestety rozterki moralne sa wpisane w kazda dyscypline outdoorowa. O ile oczywiscie ktos je posiada. Ja podziwiam Lukasza za jego wyczyny i determinacje, absolutnie nie zgadzam sie z krytykami, jako ze kazdy przypadek jest indywidualny i Lukasz majac swiadomosc konsekwencji swoich wypraw szacuje za kazdym razem szkodliwosc swojego czynu. Prawo jest jakie jest, ma regulowac zachowanie mniej swiadomych jednostek, bardziej swiadome i tak zrobia swoje.

  22. cześć,

    zastanawia mnie, gdzie zaczynałeś? Na pewno na Huciańskiej Przełęczy? Czy tam, gdzie zaczyna się czerwony szlak w kierunku Białej Skały? Jeśli to drugie to ominąłeś kilka szczytów głównej grani Tatr i nazywanie tego przejścia przejściem grani jest niedokładne.

    Pozdrawiam
    Olga

    • Zaczynałem na Wyżnej Huciańskiej Przełaczy, na początku czerwonego szlaku. Zgadza się, nie jest to w 100% ścisłe, ponieważ nie wszedłem na Huciańską Grapę i Huciański Beskid. Trzeba mi doliczyć 20 minut karniaka.
      PS. Gratuluję Orlej Perci, szalona 🙂

  23. Wnioskuję rzecz „gorszą” 🙂 Z opisu wynika, że ominąłeś również Smreczyński Wierch trawersem po zach. stronie. To spore ułatwienie.
    Dla mnie eleganckim jest również wejście na Bystrą… tak dla szacunku dla szczytu 🙂
    Uwagi co do powściągliwości w opisywaniu takich „wyczynów” jak najbardziej słuszne.

  24. Akurat na Smreczyńskim nic nie trzeba wydeptywać bo ścieżka przez wierzchołek jest wyraźna.
    Ominąłeś, jeśli dobrze liczę, 3 (lub 4 – z opisu nie jest jasne czy byłeś na Kamienistej czy trawersowałeś) szczyty wybitne. W całej grani jest ich 15.
    Rozumiem jednak, że ciężar przejścia nie był na rygorystycznym trzymaniu się linii grani a na czasie <24h. Gratuluję żelaznej kondycji.
    Jednocześnie dziękuję, Twój opis znacznie ułatwił nam planowanie naszej próby.
    http://www.turystyka-gorska.pl/forum/viewtopic.php?f=11&t=18633

    pozdro,
    Sławek

  25. Przepraszam, bardzo, ale jak czytam te epickie wywody o etyce to mi się niedobrze robi. Super sprawa i wielki szacunek za to przejście. To, że zrobiłeś trawers Smreczyńskiego niewiele zmienia. Powiem tak, ten dla którego schodzenie ze szlaku jest problemem niech tego nie robi, będzie więcej miejsca dla tych, którzy lubią obcować z dziką przyrodą w miejscach w których nie ma ludzi. Jestem tym wszystkim etykom wdzięczny za ich podejście – w takich miejscach będzie po prostu jeszcze więcej miejsca dla mnie (jak zacznę chodzić w takie miejsca, bo jeszcze tego nie robię).
    Świadomy turysta pozaszlakowy robi mniejsze szkody niż dzikie hordy dowożone busami i kolejkami w serce gór.

    I faktycznie powinieneś być ostrożny z opisem, TPN wykupił usługę monitorowania internetu (można sprawdzić w ich przetargach jako jednostki budżetowej) i mogą Ciebie poprosić o wezwanie w siedzibie TPN po ustaleniu danych. Wystawią mandat do 500 PLN, ale co to jest skoro ludzi poświęcają wiele kasy by np. wejść na Mt.Everest.

  26. Gratulacje!
    Popieram takie wyprawy dobrze przygotowane i szanujących przyrodę. Popieram bo tydzień temu sam przeszedłem Polską grań Tatr Zachodnich. Wychodząc ze schroniska w Chochołowskiej tylko z dużym plecakiem i sprzętem zimowym ( na wszelki wypadek ). Jak czytałem twoje przemyślenia i motywowanie się to miałem to samo. Jeśli ktoś wybiera się w tą trasę to mogę zwrócić uwagę tylko na podejście z Przełęczy Tomanowej na Ciemniaka, bo podobnie jak Łukasz pod koniec zgubiłem ścieżkę i podejście przez trawska średnio przyjemne delikatnie mówiąc. Teraz pod koniec podejścia na Ciemniak trzymałby się bardziej słupków granicznych jeśli widoczność na to pozwoli. Na koniec jeśli chodzi o przyrodę to gdy minąłem Goryczkową Czubę byłem już po 14h drogi wyczerpany, kolano bolało dość mocno to zbierałem papierki i butelki plastikowe po turystach którzy chodzą po szlakach i przez to podobno nie krzywdzą przyrody.
    Pozdrawiam i gratulacje jeszcze raz!

  27. Chciałem jeszcze tylko dodać, że szedłem z zegarkiem Garmin Fenix i mam zapisany tzw ślad, a w zasadzie dwa ślady. Pierwszy ze Schroniska w Chochołowskiej prze Grześa i dalej do przełęczy Pyszniańskiej i drugi już do Kasprowego. Jak komuś miałoby to pomóc to mogę postarać się przesłać.
    Pozdrawiam.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *