Bez względu na długość i kierunek podróży nie obędziemy się już bez sprzętu elektronicznego. Zegarki sportowe i GPS ułatwiają wędrówkę, telefony komórkowe i satelitarne dają bezpieczeństwo, tablety służą za magazyn danych, aparaty fotograficzne pozwalają zabrać ze sobą coś więcej niż tylko wspomnienia. Wszystkie te urządzenia wymagają jednak prądu, o które trudno w terenie. Jak radzić sobie z zasilaniem sprzętu w terenie?

To pytanie przewijało się wielokrotnie pod moimi artykułami. Postanowiłem więc odpowiedzieć na nie, opisując 2 rzeczy:

  • jak wygląda mój zestaw elektroniki na wyprawach oraz
  • jak ładuję te urządzenia poza cywilizacją.

Elektronika w podróży – czego potrzebujesz?

Ładowanie wszystkich urządzeń elektrycznych, z jakimi podróżujesz i wędrujesz, urasta nieraz do rangi największego problemu na wyprawie. Sam, schodząc z gór do cywilizacji, wielokrotnie pierwsze kroki kierowałem w stronę miejsc, gdzie spodziewałem się znaleźć dostępne gniazdko: na dworzec, do biura informacji, centrum handlowego czy nawet publicznej toalety. Tam rozglądałem się za gniazdkiem, po czym, jeśli udało się je namierzyć, siadałem na glebie obok niego, niecierpliwie obserwując wskaźnik naładowania telefonu.

Czy tak musi być zawsze?

Jak w każdym przypadku warto przed wyruszeniem na wyprawę zapytać siebie: czego rzeczywiście będę potrzebować? Czy te wszystkie graty, których używam na co dzień, będą rzeczywiście potrzebne? Rozważyć tą kwestię. Pakując do plecaka stos elektroniki nie tylko obciążasz bagaż, ale odbierasz sobie okazję do niezakłóconego kontaktu z naturą i innymi ludźmi. Mając plecak pełen sprzętu szybko spostrzeżesz, że jego ładowanie staje się kluczową czynnością każdego dnia. Zamiast ułatwiać życie, Twój sprzęt będzie zabierał czas i wolność. Oraz połowę frajdy z wędrowania.

Polecam Ci więc zmierzyć się z pytaniem: czego potrzebuję? Może okazać się, że na planowanej wyprawie nie musisz mieć żadnego (lub prawie żadnego) urządzenia. Wędrówka stanie się wówczas pełna wolności. A jeśli faktycznie potrzebujesz telefonu lub aparatu? Wtedy skrupulatnie oceń swoje potrzeby i ogranicz się do minimum, które zapewni komfort i bezpieczeństwo.

W moim przypadku nie istnieje jeden stały zestaw elektroniki, który zabieram. Decyduje o tym charakter wyprawy i mój cel. Inny sprzęt zabiorę na przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego w stylu ultralight, inny na przejście Izraela lub Alp, gdzie regularnie spotkam cywilizację, jeszcze inny zaś na pustkowia Islandii czy Pamiru. Tam, gdzie spodziewam się wielu okazji do zdjęć, większy będzie mój zestaw fotograficzny. W trudnym terenie i na pustkowiu konieczne będzie zabranie nawigacji elektronicznej i lokalizatora SPOT. Nie ma dwóch identycznych wypraw. Poniżej znajdziesz kilka zestawień sprzętu, jaki towarzyszy mi w różnych przygodach.

1. Minimal, na przejścia „bardzo lekkie”

Na krótkie wycieczki, w terenie dobrze znanym, na oznakowanym szlaku lub gdy chcę iść z absolutnie minimalnym bagażem, zabieram tylko telefon. Tak było np. na Głównym Szlaku Beskidzkim. Podczas 11 dni marszu zbiłem wagę sprzętu do 3,5 kg, zabierając jedynie telefon z ładowarką i kamerę GoPro. Teraz rezygnuję z tego drugiego gadżetu, uznając, że sam telefon spełni rolę aparatu fotograficznego nie gorzej niż kamera sportowa. Jest też moją bazą danych i nawigacją, gdyż na karcie pamięci wgrane mam przewodniki, skany odpowiednich map i ściągnięte wcześniej z sieci informacje. Jest też, oczywiście, środkiem łączności na wypadek kłopotów lub po prostu gdy zechcę sprawdzić co słychać w świecie. Wybrałem model z pojemną baterią 4000 mAh.

Gdy idę, korzystam ze schronisk lub mijanych miejscowości, by choć częściowo go naładować. Poza chwilami gdy go potrzebuję, telefon pozostaje wyłączony lub w trybie oszczędzania energii (brak aktywności różnych aplikacji w tle zmniejsza pobór prądu) z włączonym z trybem samolotowym. Pozwala to na jego wielodniowe czuwanie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Oprócz pojemnej baterii w telefonie warto mieć jednak „koło ratunkowe”, na wypadek pilnej potrzeby. Tu najlepiej sprawdza się mały powerbank. W moim przypadku jest to model Goal Zero Flip 10: bardzo lekki (70 gramów) i kompaktowy. Rozmiarem przypomina nieco większą baterię „paluszek”. Jest to pojedyncze ogniwo o pojemności 9,4 Wh (2600mAh przy napięciu 3,6 V), zaopatrzone w 1 port USB do ładowania wybranego przez nas urządzenia. Jest dość mały, by zmieścić go w każdym bagażu i wystarczy do podładowania ponad połowy telefonu. Bardzo praktycznym elementem jest diodowy wskaźnik naładowania w obudowie: to 4 miniaturowe lampki, których liczba informuje o stopniu naładowania ogniwa.

Obydwa urządzenia ładują się przez port mikro-USB, a dodatkowo sam powerbank umożliwia jednoczesne ładowanie swojego ogniwa i podawanie prądu do telefonu. Mając np. całą noc w schronisku mogę podłączyć taki zestaw do jednej ładowarki USB i pójść spać. Czas ładowania telefonu to około 6 godzin, powerbanku – około 3 godzin. Po nocy spędzonej pod dachem mój zestaw jest więc w 100% „zatankowany”.

2. Na lekko, ale z aparatem

Na tak mały zestaw pozwalam sobie rzadko. Każda dłuższa wyprawa jest okazją do fotografowania i filmowania. To oznacza, że oprócz telefonu w moim plecaku wyląduje aparat z obiektywem (często więcej niż jednym), zapasowe baterie, ładowarka, czasem filtry i wężyk spustowy. Jak poradzić sobie z zasilaniem dodatkowego sprzętu?

Kompletując ten zestaw za wszelka cenę chciałem uniknąć dźwigania kilku urządzeń i osobnej ładowarki do każdego z nich. Oznaczałoby to dodatkową wagę i zaśmiecanie plecaka kłębem kabli i dodatkowych urządzeń, z których każde miałoby tylko jedno przeznaczenie. W dodatku awaria którejś z nich (np. zasilającej aparat) wyłączyłaby z użytku bardzo ważne dla mnie urządzenie. Zamiast tego chciałem mieć jedno źródło energii, zasilające wszystko, co niosę.

Tu jednak pojawia się problem. Niewielkie ładowarki, zasilające telefony lub tablety przez gniazda USB, nie wystarczają do podtrzymania energii w wielu współczesnych aparatach. Powód? Gniazdo USB wytwarza prąd o napięciu 5V. Tymczasem większość baterii fotograficznych, w tym te, których sam używam, zasilają aparat prądem o napięciu 7,2-7,4 V. Podpięcie ich do gniazda USB nic więc nie da. Firmowe ładowarki do takich aparatów ładują prądem rzędu 8,4 V. Mój Olympus OM-D należy do tej właśnie kategorii.

Na szczęście istnieje rozwiązanie tego problemu. Są nim ładowarki uniwersalne, dzięki którym możesz zasilić kilka urządzeń. I to nawet różniących się typami baterii i ich napięciem. Przykładem takiego sprzętu jest np. ładowarka CamCaddy2. Urządzenie to jest kompletnie uniwersalne. Zasilane jest portem USB, a zatem prąd czerpać może z gniazdka, z powerbanku lub komputera – działa więc także z dala od sieci. Posiada miejsce na włożenie baterii wraz z dwoma regulowanymi stykami, które możesz rozsuwać na żądaną szerokość. Nie musisz przy tym martwić się sprawdzaniem biegunów + i -. Ładowarka sama rozpozna polaryzację baterii i dobierze właściwy prąd ładowania, w zakresie od 3 do 9 woltów. Niewielki wyświetlacz pokazuje parametry baterii oraz stopień jej naładowania, cały proces masz więc pod kontrolą. Sprężynujący element utrzymuje baterię na miejscu. Zasilacz USB, który podłączasz do tej ładowarki, naładuje też Twój powerbank, telefon, tablet. Do zasilenia każdego z Twoich urządzeń wystarczy Ci więc tylko jedno źródło prądu. Mój zestaw zawiera niewielki zasilacz z 2 gniazdami USB. To zazwyczaj wystarczy, by naładować telefon i baterie w aparacie. Takie rozwiązanie jest również idealne, gdy podróżujesz w zespole, mającym różne aparaty.

zasilanie_ladowarki_podroz_ladowarca_uniwersalna_camcaddy2
Ładowarka uniwersalna CamCaddy2

Ile baterii potrzebuję? Jeśli odległości między miastami/schroniskami nie są bardzo duże (maksymalnie 7-10 dni) w komplecie z aparatem mam 1 baterię + 3 zapasowe. Ładując taki zestaw muszę tylko co 3-4 godziny włożyć kolejną. Jeśli do cywilizacji jest bardzo daleko, rozważę zabranie nawet 8 baterii. Gdy dołożyć do tego telefon oraz mały powerbank, otrzymuję zestaw na 3-4 tygodnie nieprzerwanej wędrówki.

Jeśli Twój zestaw elektroniki jest naprawdę duży, przyda Ci się większy zasilacz, np. Skross Euro USB Charger 4-Port, który umożliwia ładowanie czterech urządzeń jednocześnie.

3. Zestaw „wszechstronny”

Są wyprawy, na których waga przestaje być najważniejsza, a istotne są jakość wykonanych zdjęć oraz możliwość ich publikacji lub wysłania. Taki zestaw jest zasadniczo podobny do powyższego, ale rozbudowany o 2 elementy: tablet i większy powerbank.

Kiedy nie liczę tak mocno masy plecaka, mogę pozwolić sobie na zabranie małego, 7-calowego tabletu. Ułatwia on kontakt ze światem, umożliwia tez wysyłanie materiałów do redakcji, sponsorów itp. Używam modelu Kiano Slimtab Pro2 MS. Jego zaletą są: niska waga (250 g), dość pojemna bateria i środowisko Windows. To ostatnie pozwala mi pracować w tych samych programach, co na klasycznym komputerze. Na moim tablecie sprawdzam pocztę, przeglądam internet, piszę krótkie teksty i wstępnie obrabiam zdjęcia. Urządzenie nie jest dość mocne, by udźwignąć programy typu Adobe Lightroom lub edytor filmów, ale do prostych zadań wystarczy. Jest zasilane kablem USB-C.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Do kompletu z tabletem zabieram powerbank, jest to jednak model większy niż poprzedni: Goal Zero Flip 30. Trzykrotnie bardziej pojemny: 28,1 Wh (7800 mAh przy napięciu 3.6V) i cięższy (193 g), ale niezawodny. Ma też świetny stosunek rozmiaru do pojemności. Podobnie jak poprzedni, także i on ładuje się z dowolnego gniazda USB. Gdy niespodziewanie zabraknie mi energii, pozwoli na podładowanie aparatu, telefonu i tabletu tak, by umożliwić jeszcze 2-3 dni pracy bez konieczności gorączkowego szukania gniazdka. Pojemność Flip 30 to mniej więcej 3-krotność przeciętnego smartfona (w przypadku mojego nieco mniej), 2-krotność baterii w aparacie lub ponad 1-krotne naładowanie tabletu.

4. Zestaw „samowystarczalny”

Może się zdarzyć, że w trakcie wyprawy będę bardzo długo przebywać poza cywilizacją. W takim momencie jedynym sposobem na uzyskanie zasilania jest samodzielne wytworzenie energii. Rowerzysta może skorzystać z dynama zamontowanego w piaście roweru. A piechur? Tu wyjście jest właściwie jedno: panel słoneczny. Jeśli przebywasz w rejonie, gdzie możesz liczyć na przynajmniej okresowe słońce, masz do dyspozycji darmowe źródło energii. Warunek: musisz nieść je na plecaku. Ten dodatkowy ciężar daje jednak pełną autonomię.

Moim źródłem zasilania jest panel Nomad 7 Goal Zero. Producent ten sam, co w przypadku wspomnianych powerbanków. Nie zawiodłem się, gdyż swoje zadanie spełnia doskonale: przy swojej powierzchni (43 x 23 cm) wytwarza dość energii, by w ciągu 3-4 godzin „nabić” baterie do aparatu. Ładowanie powerbanku zajmuje mu cały dzień. Choć nie brzmi to imponująco, warto pamiętać, że mówimy tu o niewielkim panelu. Po rozłożeniu Nomad 7 ma format zbliżony do kartki A4 i waży około 450 gramów. Większe panele (np. Nomad 20) będą znacznie wydajniejsze, ale za cenę dwukrotności wagi.

Nomad 7 posiada na rogach niewielkie pętle, pozwalające zamocować go do plecaka (lub roweru, kajaka, namiotu lub czegokolwiek innego). Posiada 3 złącza. Jedno z nich to klasyczny port USB, do którego podpinam ładowarkę, telefon lub powerbank. Drugie to gniazdo o napięciu 12 woltów. Trzecie – cienki wtyk, pozwalający na podłączenie specjalnej ładowarki Guide 10, zasilającej akumulatory-paluszki. O tym ostatnim przeczytasz dalej.

ladowarki_baterie_podroz_gory5
Panel słoneczny Nomad 7 i powerbank Flip 30. Pomimo niskiego, październikowego słońca, panel po rozłożeniu natychmiast zaczął ładowanie.

Warto pamiętać, że maksimum swoich osiągów panel posiada tylko skierowany wprost do słońca. Położenie go w cieniu lub przekręcenie znacząco zmniejszy wydajność. Nie ma więc mowy o naładowaniu Twoich urządzeń np. w pochmurny dzień lub w gęstym lesie. Takie urządzenie sprawdzi się najlepiej w wysokich górach, na pustkowiu i powyżej granicy lasu.

Mając panel słoneczny i dobra pogodę jestem w zasadzie panem sytuacji. Moim jedynym zmartwieniem jest, by tempo w jakim filmuje i robię zdjęcia było mniej więcej takie, jak czas ładowania kolejnych baterii. A gdy przyjdzie pogorszenie pogody – cóż, wtedy pozostaje mieć żelazną rezerwę kilku akumulatorów oraz awaryjny powerbank w pogotowiu.

5. Zestaw „noc polarna”

Są sytuacje, w których panel słoneczny nie sprawdzi się zupełnie. To rejony o słabym nasłonecznieniu lub długie okresy złej pogody. Co wówczas? Jednym z rozwiązań jest po prostu dźwiganie dostatecznej ilości baterii. Podczas samotnego trawersu Islandii niosłem łącznie 7 zapasowych akumulatorów, co zasiliło mój aparat przez 3 tygodnie, w trakcie których fotografowałem i dość intensywnie filmowałem. Taki zapas waży 350 gramów, ale kapryśna pogoda na dalekiej północy nie pozostawiała wyjścia.

W skrajnych sytuacjach, gdy źródeł energii brakuje tygodniami, a panele słoneczne mogą się nie sprawdzić, pozostaje bardzo pojemny powerbank – lub nawet kilka. Takie rozwiązanie wymaga dźwigania dużego ciężaru, ale jeśli uda Ci się zmniejszyć ciężar plecaka, np. zabierając tarp w miejsce namiotu, możesz się o nie pokusić. Przez kilka lat moim źródłem energii był powerbank Sailing 6, o pojemności 20 800 mAh. Obecnie używam modelu jeszcze większego, którym jest Green Cell PB75. To kolos zdolny pomieścić 30 000 mAh. Posiada 3 porty USB, jeden z nich z możliwością ładowania napięciem 9 i 12 woltów.

Tak duża pojemność oznacza też długi czas ładowania. I tu ważna uwaga: do zasilania tego modelu warto wybrać jak najmocniejszą ładowarkę USB. Nawet przy maksymalnym natężeniu (około 2A) czas ładowania wynosi 13-15 godzin. Jeśli użyjesz słabszej ładowarki (np. dołączanej do telefonu, dającej natężenie 0,8-1 A), czas ten wydłuży się do całej doby – lub więcej. W praktyce do naładowania tego giganta używam niewielkiej ładowarki, którą otrzymałem w komplecie z tabletem. Daje ona prąd dokładnie taki, jaki trzeba: mocne 2 ampery.

zasilanie_ladowarki_podroz_powerbank_greencell
Powerbank GreenCell PB75

Green Cell to prawdziwa cegła: ponad pół kilograma w solidnej obudowie. Wystarczy jednak do 11-13 krotnego naładowania baterii w aparacie. Zabierając wraz z nim zapas 6-8 naładowanych baterii, mogę być spokojny o zasilanie na wyprawie trwającej 2 miesiące i dłużej. Czy taka ekspedycja mi się trafiła? Jeszcze nie, ale jest w planach. Jeśli do dużego powerbanku dodać dwa mniejsze, Flip 30 i Flip 10, którymi mogę zasilić np. telefon i tablet, mam do dyspozycji zestaw do ładowania na wiele tygodni.

Tak duże źródło zasilania przyda się zresztą i na krótszych wyjazdach, gdy podróżujesz w większym zespole. Będąc w grupie 4-8 osób już po jednym dniu bez prądu zaskarbisz sobie ich wdzięczność, reanimując kolejne padające urządzenia.

Alternatyw dla Green Cell na polskim rynku jest niewiele. W tej chwili są nimi 2 modele Goal Zero: Sherpa 50 i Sherpa 100. Ten drugi wyróżnia się gniazdem pozwalającym ładować laptopy (napięcie 19V) oraz możliwością podpięcia adaptera, dającego prąd 110 lub 220 V. Ich wielka zaleta to czas ładowania: po podłączeniu do gniazdka zaledwie 3 godziny. Model 50 waży 550 gramów, model 100 – prawie 900. Ich ceny oscylują jednak w rejonie odpowiednio 1400 i 2000 zł.

6. Zasilanie – urządzenia dodatkowe

Powerbank-ładowarka Guide 10

Czasem nawet w regionach „cywilizowanych” zdarza mi się odczuwać brak zasilania. Działo się to np. na przejściu Alp, gdzie codziennie spotykałem ludzi i mijałem miejscowości, a jednak okazji do naładowania np. telefonu bywało bardzo niewiele. Szybko zorientowałem się, że chciałbym mieć coś, co w razie pilnej potrzeby pozwoli podładować aparat lub telefon z kupionych w sklepie baterii „paluszków”.

Takim urządzeniem jest Guide 10. Jest to ładowarka akumulatorów AA lub AAA, zasilane kablem USB z dowolnego źródła: przez ładowarkę z gniazdka, z innego, większego powerbanku czy panelu słonecznego. Posiada miejsce na 4 „paluszki”. Wskaźnik ładowania podpowie, kiedy akumulatory są pełne, a wówczas możesz wykorzystać je do zasilania np. latarki. Urządzenie działa też w drugą stronę: energię zmagazynowaną w akumulatorach można wykorzystać, zamieniając ładowarkę w powerbank. W sytuacji awaryjnej można umieścić w niej klasyczne baterie alkaliczne i z nich zasilić potrzebny nam sprzęt. Jest to jednak rozwiązanie nieprzyjazne środowisku: raz wyczerpane baterie stają się kłopotliwym odpadem.

ladowarki_baterie_podroz_gory4
Ładowarka Guide 10

Guide 10 jest bardzo elastycznym źródłem energii. W połączeniu z akumulatorami AA lub AAA zasili Twój aparat czy telefon, a same akumulatory, gdy to potrzebne, wejdą do latarki. Warto wtedy mieć 2 komplety ogniw, na wszelki wypadek.

Akumulatory AA i AAA

Większość mojej elektroniki działa na dedykowanych akumulatorach. Wciąż jednak używam tradycyjnych „paluszków” do zasilania latarki. Na dłuższych wypadach – także do pilota od aparatu, lokalizatora SPOT, GPS-a. Fotografowie dźwigać będą kilka kompletów do lampy blyskowej. Jakich akumulatorów używać?

Mój zestaw to 4 x AA firmy Goal Zero oraz 4 x AA Philipsa. Te pierwsze o pojemności 2000 mAh, drugie większe, 2600 mAh. Niestety, po kilku latach ich fabryczna pojemność spadła, mają też przykrą tendencje do samoczynnego rozładowywania się także w stanie spoczynku. Akumulatorami tego typu zdarzyło mi się zasilać czołówkę podczas wyprawy – wyczerpały się bardzo szybko. Rozwiązaniem są droższe, ale wydajniejsze akumulatory Eneloop, produkowane przez Panasonica. Nieużywane mają bardzo długi czas samoczynnego rozładowania, bardzo dobrą pojemność (zwłaszcza najwyższa, czarna seria tych akumulatorów) i nie zawodzą nawet w najcięższe mrozy. Testy pokazują, że są też najbardziej wydajne, co ma znaczenie przy ładowaniu np. lamp błyskowych lub zasilaniu mocnych czołówek z diodami LED.

Tanie powerbanki i akumulatory

Na koniec przestroga: jak w większości przypadków, także w elektronice „tani” nie oznacza „dobry”. Portale aukcyjne pełne są tanich zamienników, obiecujących wyśrubowane poza granice możliwości osiągi. Akumulator do aparatu o pojemności 3 000 mAh, kosztujący 30 zł? Zapomnij. Podobnie rzecz ma się z powerbankami i ładowarkami. Tanie alternatywy zazwyczaj nie trzymają podanych parametrów i „sypią” się bardzo szybko po zakupie. A że są tanie, nie mamy ochoty ich reklamować i wyrzucamy.

Taką nauczka był dla mnie tani powerbank z wbudowanym panelem słonecznym. W teorii – sprytny gadżet, dający niezależność na szlaku. Nadruk na obudowie obiecywał pojemność ogniwa 5 000 mAh. Szybko dostrzegłem jednak, że czas ładowania ze słońca jest potwornie długi, zaś akumulator w środku wytraca energię bardzo szybko. Rozebrałem obudowę, by znaleźć w środku ogniwo litowo-polimerowe o pojemności… 3500 mAh. Kolejny gadżet okazał się więc gadżetem, a nie funkcjonalnym sprzętem. Oszczędności w elektronice są zazwyczaj złudne.

Jeśli masz swoje własne patenty na zasilanie sprzętu w górach i w podróży – chętnie przeczytam. Zostaw je w komentarzu poniżej.

15 komentarzy

  1. Dziękuję za to co robisz. Jesteś najlepszym podróżnikiem. Pozdrawiam!!!

  2. Dorzucę tu moje odkrycie czyli baterie litowe Energizer w formacie AA – prawie dwukrotnie dłuższy czas pracy, 40% lżejsza (15g zamiast 26g akumulator Eneloop), działa na dużym mrozie. Na tygodniową wędrówkę zabieram dwa komplety 2xAA do garmina e-trexa i mam spokój. 60g zamiast 200g robi dużą różnicę. Oczywiście cena zniechęca i na jednodniowe wędrówki nie mają sensu.

    Mam jeszcze refleksję dotyczącą powerbanków: ich wydajność w ładowaniu to w najlepszym razie 80% czyli z 10000mAh wyciśniemy jak dobrze pójdzie 8000mAh. Kiedy porównuję powerbank z już naładowanymi zapasowymi akumulatorami do aparatu czy telefonu (wymienna bateria!) to zawsze mi wychodzi ze lepiej kupić więcej tych drugich niż jeden powerbank, oczywiście pod warunkiem ze kupimy zamienniki bo oryginalne baterie do elektroniki kosztują chore pieniądze.

  3. Faktycznie, tanie power banki są do niczego. Jeśli producent nie podaje podstawowych danych jak minimalna ilość cykli ładowania czy utrata energii w stanie uśpienia to znaczy, ze nie ma się czym pochwalić i będzie to wyrzucona kasa.
    Wspomniałeś o ładowarce usb Skross. Ja używam ich adaptera z różnymi wysuwnymi wtyczkami i wbudowaną ładowarką usb. Po pierwsze można się wpiąć w sieć prawie na całym świecie ( będąc ostatnio w Alpach – Włochy i Szwajacaria – doświadczyłem tego nie raz), a po drugie masz wbudowaną ładowarkę usb, dwa w jednym. Waży z tego co pamiętam koło 100 gram.

  4. Łukasz jakbyś się przygotował na podróż roczną przez Azję, całkowicie pieszo?

    • Trudne pytanie. Na pewno zacząłbym od ustalenia trasy i sprawdzenia, czy nie przeszkodzą mi terminy wiz, przyznawanych w różnych krajach. Potem określił czy wizy można wyrabiać w drodze (często można, np. w Azji Centralnej). A potem, znając trasę i pory roku, określił warunki klimatyczne i sprzęt niezbędny do ich wytrzymania. A potem kierował się tym artykułem: http://www.lukaszsupergan.com/planowanie-wedrowki-dlugodystansowej/

    • Tu bym polemizował. Mój powerbank Xiaomi 20 000 ładuje 7 baterii do Olympusa (BLN-1). Wagowo wychodzi identycznie (350 vs 7x50g). Nie ma znaczenia, czy to zamienniki, czy oryginał (BLN-1). Różnica za to jest w wydajności – wiadomo, oryginał jest wydajniejszy co najmniej o 1/3. Więc wychodzi na to, że lepiej ładować 7 razy oryginał, niż brać dodatkowo 7 zamienników (choć dodatkowy akumulator warto mieć – na czas, aż oryginał zostanie naładowany).

      • Co do zasady nie powinno to tak działać, ze względu na straty na „łączach” w powerbanku i ładowarce. Zazwyczaj taki zestaw ma około 80-90% wydajności. To oznacza, że np. z powerbanku 3000 mAh naładujesz baterię mającą około 2500-2700 mAh. Ale skoro jest tak, jak piszesz, to super. W moim przypadku lepiej jest nosić 6 zapasowych baterii, niż ich odpowiednik w postaci powerbanku.

        Niezaprzeczalną zaletą tego ostatniego jest jednak możliwość naładowania wielu urządzeń, nie tylko jednego i zabieram go właśnie w tym celu.

  5. Dynamo od roweru wraz z przetwornicą można ciągnąć z odpowiednio zmodyfikowanym widelcem przypięte do plecaka. Wygląda to dość śmiesznie, ale prędkość kątowa z jaką się obraca jest większa niż w kole roweru. Dzięki temu mam lepszy i bardziej niezawodny zasilacz niż bateria słoneczna. Ładuję tym i powerbanka jak też wszelkie inne gadżety.

  6. Łukasz, zabrakło mi jednego wątku w tym temacie. Nawet największe ilości powerbanków, baterii mogą nie wystarczyć jeśli źle je przechowujemy w trakcie wyprawy. Szczególnie w nocy są narażone na samoistne rozładowanie. Masz z tym jakieś doświadczenie?
    Pozdrawiam

  7. Cześć,

    Łukasz napisz proszę czy masz jakieś doświadczenia z ładowarkami kinetycznymi np.: AMPY, npower peg

  8. Cieszę się, że zaraziłem się wędrownictwem w czasach sprzed rewolucji technologicznej. Dzięki temu teraz nadal nie potrzebuję zabierać ze sobą elektroniki. Za jednym zamachem odpada z głowy i sama elektronika i zapas zasilania i uzależnienie się od w/w. I nie chodzi tylko o dodatkową masę i objętość, koszty, konieczność dbałości o sprzęt, dodatkowych przygotowań do wyjazdu, ale przede wszystkim o wolną i otwartą na wrażenia z wędrówki głowę.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *