Wędrując w terenach pustynnych doświadczyłem jak istotne jest regularne nawadnianie organizmu. Jakie naczynie warto jednak wybrać, gdy idziemy w teren? Przez lata moim ulubionym patentem były składane butelki, po opróżnieniu zajmujące niemal „zero” miejsca. Zimą, jeśli mróz nie jest siarczysty, chętnie zabieram 1-litrowe bidony Nalgene. Od względnie niedawna zacząłem używać także butelek wykonanych ze stali. Są one cięższe niż te z tworzyw i nie można ich złożyć po opróżnieniu. Czy więc warto zwracać na nie uwagę?

Pierwszym argumentem za stalowymi bidonami jest ich trwałość. Są z zasady odporne na pęknięcia, pod wpływem uderzenia mogą jedynie wgnieść się do wewnątrz. To ostatnie wpłynie raczej na estetykę niż funkcjonalność, choć np. wgniecione dno butelki może sprawić, że nie dasz rady postawić jej pionowo. Są idealne do przenoszenia zimnych napojów w upał – trudno powiedzieć czemu, ale woda zaczerpnięta do takiej butelki jakby dłużej pozostawała chłodna od trzymanej w plastiku. Choć to może subiektywne wrażenie. Stalowe butelki przypominają wyglądem termosy, ale ich cienkie ścianki nie trzymają ciepła – wlany do środka wrzątek natychmiast rozgrzewa naczynie, a zawartość po godzinie-dwóch jest już tylko ciepła. Nie bez znaczenia jest możliwość wstawienia stalowej butelki wprost do ogniska. Takie naczynia sa wykonane z jednego kawałka stali i żar nie zrobi im żadnej krzywdy, poza przebarwieniami, jakie pozostaną w wyniku działania temperatury.

Stal jest też alternatywą dla popularnych bidonów aluminiowych. Głos nauki nie jest jednoznaczny w kwestii właściwości zdrowotnych aluminium (patrz ten artykuł), jednak nadmiar glinu jest najprawdopodobniej szkodliwy. Metal ten co prawda nie rozpuszcza się w wodzie, reaguje jednak z napojami kwaśnymi i zasadowymi. Dodatkowo większość aluminiowych bidonów pokrywana jest wewnątrz żywicami syntetycznymi. To powody, dla którego coraz więcej osób odstawia aluminiowe naczynia.

Być może największą zaletą stalowych butelek jest trwałość, przekładająca się na mniejsza ilość śmieci, jakie produkujesz. W trakcie ostatnich 3 lat wyrzuciłem 2 składane butelki, które wskutek intensywnego używania rozwarstwiły się i puściły na krawędziach. Pozbyłem się też jednego camelbaga, po kolejnej wyprawie niemożliwego do umycia. A stalowe naczynia? Są bardzo trwałe, banalnie proste w czyszczeniu i w całości nadają się do powtórnego przetworzenia – także ich nakrętki.

Te cechy sprawiły, że w minionym sezonie zacząłem test stalowych butelek. W moje ręce trafiły 2 modele. Pierwszym była, jedna z największych na rynku, Classic 64 oz firmy Kleen Kanteen, największa butelka tego producenta. Jej pojemność to 1,9 litra, zamknięta w klasycznym kształcie butelki z dość szerokim wlewem. Ten ostatni jest bardzo wygodny, gdy chcę nabrać wody ze strumienia lub dodać do niej herbaty bądź izotoniku. Solidna nakrętka ułatwia zamykanie i wyposażona jest w duże ucho, pozwalające na wpięcie karabinka. Zaokrąglone brzegi sprawiają, że butelka nie ma ostrych kantów, które mogłyby wbijać się w plecy przez materiał plecaka.

klean_kanteen_64_2

Oczywistym ograniczeniem takiego naczynia jest jego objętość. Classic 64 oz ma prawie 2 litry, których po opróżnieniu nie da się ścisnąć. Nawet pusta będzie więc zajmowała miejsce w plecaku bądź jego bocznej kieszeni. To powód, dla którego wahałbym się wziąć ją na długi szlak, gdzie miejsce w plecaku jest cenne. Odkryłem jednak, że jest na doskonałym patentem w okolicznościach, gdy potrzebuje dużo wody, nie przemieszczając się jednocześnie zbyt wiele. Takim momentem jest np. wyjazd w skały lub trening na ściance wspinaczkowej, gdzie wspólnie rozkładamy nasz szpej pod ścianą i nie ruszamy się dalej niż 100 metrów na boki. Duży bidon mieści wtedy zapas wody, który po skończeniu drogi czeka na ziemi.

Model Classic 64 oz okazał się więc idealny bardziej do stacjonarnych zastosowań niż wędrówki. A co podczas marszu? Podczas przejścia Alp wpadł mi w ręce stalowy bidon „no-name” o pojemności około 0,9 litra. Wykonany bardziej topornie, z dość ostrą krawędzią na dole, na pierwszy rzut oka budżetowy – a jednak działał świetnie. Podczas jesiennej wędrówki przez Alpy Austriackie, gdy temperatura spadła znacząco, nie potrzebowałem już dużego zapasu wody. Niewielka butelka mieściła wtedy zapas na 2-3 godziny. Podczas marszu wrzucałem ją do bocznej kieszonki plecaka, po drugiej stronie niż karimata. Jej niewielki ciężar nie przeważał bagażu, a zapas wody miałem zawsze pod ręką.

1-litrowa stalowa butelka byłaby za mała w upale, na południu Alp. W umiarkowanych temperaturach była jednak idealna. Mając ją, zrezygnowałem zupełnie z używania camelbaga, który był od tej pory rezerwą. Pojemność okazała się idealna, a niewielkie rozmiary pozwalały zmieścić ją przy bagażu. Jedyną wada była wspomniana ostra krawędź. Niby drobiazg, ale utrudniała wkładanie butelki do kieszeni i zahaczała o jej materiał. To pokazało mi, że znacznie lepszym rozwiązaniem jest bidon o zaokrąglonych kształtach.

Już po powrocie z Alp trafiłem na model, który wolny jest od tej wady, zachowuje przy tym optymalną pojemność. To butelka Majoris Drinking Bottle firmy Esbit. Ma wszystkie zalety mojego 1,9-litrowego bidonu, przy mniejszych rozmiarach i pojemności, pozwalającej na wrzucenie do bocznej kieszeni plecaka. Produkowana jest w 4 pojemnościach: 480 ml, 680 ml, 1000 ml i 1380 ml, z czego dwie pośrednie wydają mi się idealne na typowy szlak. Model Esbit dobrze leży w dłoni, a woda w nim nawet przez wiele godzi nie nabiera żadnego obcego smaku, co zdarza się w przypadku plastików. Waga? 135 i 200 g, czyli około 100-120 g więcej niż plastikowe odpowiedniki.

esbit-majoris-stainless-steel-drinking-bottle

Stal zajmuje więcej miejsca niż elastyczny plastik, jest także cięższa. Mając do przeniesienia duży zapas wody (czasem 3 litry lub więcej) raczej nie zabrałbym go w stalowych butelkach. W takich okolicznościach zabieram raczej mój 3-litrowy camelbag (o którym więcej w osobny artykule już niedługo). Jednak w umiarkowanym klimacie, gdy zapotrzebowanie na nią jest niewielkie, bidon o pojemności 1 litra staje się dobrym rozwiązaniem. 2-litrowy jest już solidnym zapasem na całodzienną wizytę w jakimś miejscu. A gdy nasza aktywność jest bardziej „stacjonarna” (pobyt w skałach, krótka wycieczka, wypad na pojedynczy szczyt i powrót do obozu), różnica w wadze plastik-stal przestaje mieć znaczenie. Taki bidon jest wtedy zdrowszą, trwalszą i bardziej przyjazną środowisku alternatywą dla butelek z tworzyw.

4 komentarze

  1. Łukasz, dzięki za artykuł!
    Aż nasuwa mi się pytanie – jaki zbiornik na wodę polecasz na biwakowanie pod namiotem w zimę?
    Wiadomo, że najlepszy jest termos, ale sporo waży i ma stosunkowo małą pojemność. A trochę wody do picia pod ręką zawsze się przyda.

    • Używam 2 butelek Nalgene HDPE (polietylenowe, nie z Tritanu). Są lekkie i elastyczne, mają szeroki wlew, wrzucone do śpiwora mogą służyć jako termofor. Gdy mróz nie jest bardzo silny, są moimi jedynymi butelkami. Termos zabieram, gdy temperatura spada poniżej -10 st.

  2. Łukasz, a czy znasz coś, co byłoby podobne do Nalgene ale w wersji stalowej? Mogłoby robić za bidon, garnek do gotowania wody a puste można by wypełnić chociażby ubraniem aby zabierało mniej miejsca…

    • Kami, przychodzą mi do głowy poniższe marki:

      1. Samo Nalgene produkuje stalowe butelki, choć nigdy nie miałem ich w dłoni. Poszukaj w sieci „Nalgene Standart Steel”.
      2. Hydro Flask Wide Mouth – przypominają butelki Nalgene, mają podobnie szeroki otwór.
      3. Klean Kanteen Wide – z nieco mniejszym otworem.
      4. Esbit Drinking Bottle 800 ml.
      5. GSI Glacier Bottle 1L – także bardzo podobna do Nalgene.

      Wybór jest więc spory, mam nadzieję, że ta lista będzie pomocna.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *