Głupia sprawa. Tuż przed tym, jak zasiadłem do pisania tego podsumowania, jeszcze raz wpisałem w wyszukiwarkę frazę „cesta hrdinov snp”. Wynik nie chce być inny: artykuł z Wikipedii, słowacki serwis cestasnp.sk i… moja strona. Powinienem cieszyć się, gdyż niniejszy blog okazuje się jedynym w polskim internecie, który zawiera informacje o głównym szlaku Słowacji. Z drugiej strony wygląda na to, że temat jest tak kompletnie niszowy, że to podsumowanie nikogo nie zainteresuje. Ale może właśnie kilka uwag o tej drodze zachęci innych, by poszli w moje ślady. Niekoniecznie zimą.

Przygotowanie

Kiedy myślę o tym, jak powinny wyglądać przygotowania kondycyjne do przejścia słowackich Karpat, przychodzi mi do głowy, że nie potrzeba ich wcale. Ten szlak leży w zasięgu każdego zdrowego turysty i nie wymaga nadzwyczajnej formy lub umiejętności. Z drugiej strony napisanie, że na kilkusetkilometrową drogę można ruszyć prosto z marszu, to zuchwalstwo. Przed wyjściem na intensywną, miesięczną wędrówkę warto popracować nieco nad kondycją. 3 miesiące przed wyjazdem w góry spędziłem głównie przy biurku i potem przez 5 dni cierpiałem, przyzwyczajając organizm do wysiłku. Dlatego warto utrzymywać organizm w dobrej kondycji, przynajmniej przez kilka tygodni poprzedzających wyjście. Ja dałem w tej kwestii ciała, co mocno bolało na początku.

Jak w przypadku każdej długodystansowej trasy – nie warto skakać na zbyt głęboką wodę. Zanim zdecydujesz się przejść 700-800 kilometrów przez góry, spróbuj przejść przynajmniej 200-300. Cesta SNP to szlak dla tych, którzy spróbowali już długich tras, na przykład Głównego Szlaku Beskidzkiego lub Sudeckiego i mają ochotę na „więcej i trudniej”.

Odległość i czas

Przejść Cestę SNP możesz na dwa sposoby: klasycznie, startując z Przełęczy Dukielskiej i idąc 751 km do Devinu koło Bratysławy lub w wariancie dłuższym, z Krzemieńca, skąd do celu jest o 90 km więcej. Oczywiście całą trasę można odwrócić, wyruszając spod Bratysławy – nie ma to znaczenia dla trudności drogi. W pierwszym wariancie suma podejść wynosi 30 kilometrów, w drugim – około 32. Jaki czas jest potrzebny na przejście? Latem daj sobie około miesiąca, zimą bądź przygotowany na niewiadomą. Marsz Cestą SNP może wtedy trwać 37 jak i 57 dni, zależnie od temperatur i ilości śniegu. Zima 2014 roku była bardzo łagodna, dzięki czemu zakończyłem przejście prawie 2 tygodnie przed planowanym czasem.

Sprzęt letni

Przejście letnie czy zimowe? Jeśli interesuje Cie wędrówka szlakiem SNP latem, nie ma potrzeby, aby opisywać każdy element ekwipunku z osobna. Wystarczy, że przeczytasz listę sprzętu, jaki wziąłem ze sobą na zeszłoroczne przejście Łuku Karpat. Pokrywa się ona w 90% z tym, co zabrałbym ze sobą na główny szlak Słowacji.  Wyjątków byłoby kilka:

Buty – zdecydowanie wziąłbym solidniejszy model, niż lekkie i nietrwałe Karrimory.

Namiot – idąc latem namiot zostawiłbym w domu. Na Słowacji znacznie częściej niż u nas spotyka się na szlaku lub w jego pobliżu schrony dla turystów (tzw. utulnie) lub chaty myśliwskie, w których można komfortowo zatrzymać się na noc lub przeczekać złą pogodę. Regularnie korzystałem też ze stojących w lasach szop na siano lub opuszczonych budynków na skrajach wsi, gdzie układałem się na pustych werandach. Wędrówka bez namiotu nie każdemu będzie odpowiadać, można się jednak do niej przyzwyczaić, a lżejszy o 1,5 – 2 kg bagaż wynagrodzi tę niedogodność. Generalnie starałbym się iść tak lekko, jak to możliwe, zabierając np. tarp.

Chata myśliwska Krive, Wołowskie Wierchy

Pełen komfort – chata myśliwska Krive, Wołowskie Wierchy

Paliwo – na miesięczną wędrówkę zabrałbym tylko jedną, 450-gramową butlę gazu; doświadczenie zeszłego lata wykazało, że taki zapas wystarczy mi na 30 dni.

Sprzęt zimowy

Przejście zimowe takiego szlaku to zabawa dla lubiących zimno masochistów, obytych z wielodniowym przebywaniem w ujemnych temperaturach. Jakkolwiek może to zabrzmieć nieskromnie, myślę, że jest to przygoda dla dysponujących już sporym zimowym doświadczeniem. Nie jest natomiast potrzebne obycie w terenie wysokogórskim. Cały szlak ma charakter beskidzki, z wyjątkiem odcinka Niżnych Tatr, który przypomina grzbiet Tatr Zachodnich.

Waga mojego sprzętu wynosiła około 12 kg, bez jedzenia i wody. Czego używałem tej zimy, co się sprawdziło a co nie?

Buty

Na tegorocznym przejściu miałem na nogach wysłużone Engadiny firmy Meindl. Spędziły 2 lata w Azji, w której przeszły najwyższe łańcuchy górskie na Ziemi, w każdym po kilkaset kilometrów. Po powrocie z Azji przeszły gruntowny remont, po którym zabrałem je na Słowację. Zdały ten egzamin dobrze, choć do Bratysławy dotarły już w naprawdę kiepskim stanie. Błędem jaki popełniłem, było nie zaimpregnowanie ich na początku, co każdej nocy powodowało ich naprzemienne zamarzanie i pękanie. Kiedy wreszcie po dwóch tygodniach udało mi się je wysuszyć i zabezpieczyć impregnatem, było już za późno, by uniknąć miejscowego zniszczenia skóry.

Gdyby pozwoliły na to finanse, wziąłbym ze sobą nowe buty. Być może byłyby to także Engadiny, choć gdybym mógł wybrzydzać, zdecydowałbym się na model sztywniejszy, np. Meindl Jorasse, La Sportiva Makalu lub bardzo tradycyjne Meindl Super Perfect. Nie rozważałbym jednak butów podwójnych, z wewnętrznym botkiem, takich jak La Sportiva Baruntse czy Boreal G1. Na grani Niżnych Tatr widziałem turystę w plastikowych skorupach, ale uwierz, w górach rzadko przekraczających 1300 m wysokości, takie buty szybko przyprawią Cię o samobójcze myśli. Bez względu na to, jaki model wybierzesz, zimą istotna jest impregnacja. Najlepiej do tego celu nadają się preparaty na bazie wosku, inne, zawierające silikon lub w sprayu, nie dają tak dobrych efektów. Ja używałem Granger’s G-Max Leather Conditioner.

Ubrania

Mój zimowy zestaw ubrań był bardziej rozbudowany niż letni.

Podstawą była wełniana bielizna, bardzo cienka i lekka, a mimo to ciepła koszulka z wełny merynosów, z długim rękawem. W niskich temperaturach wełna sprawdziła się dużo lepiej niż poliester, utrzymując warstwę ciepłego powietrza tuż przy ciele, jednocześnie usuwając nadmiar wilgoci na zewnątrz. Praktycznie nie chłonęła zapachów, co mogłem docenić, nosząc ją po prawie 20 dni bez przerwy. Wełna to jedno z moich odkryć tej zimy.

Drugą warstwą była koszulka Silkbody Long Sleeve Crew wykonana głównie z jedwabiu. Nie sprawdziła się jednak tak dobrze, jak latem. Nie osłaniała szyi przed zimnem, a niewielka domieszka bawełny powoduje, że nadmiar potu częściowo zbiera się w materiale, powodując lekkie uczucie zapocenia. Jako drugą warstwę wybrałbym raczej koszulkę z grubszej wełny, koniecznie ze stójką.

Pierwszą warstwą termiczną, zakładaną podczas intensywnego wysiłku, była bluza z „łapkami” z Power Strech Pro, ciepła i wygodna. Przeszła ze mną wszystkie zeszłoroczne przygody i po przejściu około 7000 km ciągle żyje.

Podstawową warstwą termiczną była jednak eksperymentalny produkt, który na kilka dni przed wyruszeniem dostałem od firmy Kwark – bluza Polarna z bardzo ciepłego Power Strech Pro, przez żadną firmę dotychczas niestosowanego na odzież górską. Miałem ją na sobie przez 90% czasu i sprawdziła się bardzo dobrze. Waży około 500 g, ale bardzo ciepła i odporna na silny wiatr. Ma krój kangurki, z suwakiem tylko na piersi i kaptur zastępujący kominiarkę (mam ją na sobie na tym zdjęciu). W trakcie marszu na mrozie była moją jedyną warstwa termiczną, zakładaną na dwie warstwy bielizny. Jeszcze kilka lat temu nie sądziłem, że pojedyncza warstwa materiału może dawać tak dużo ciepła. A jednak. Nowy materiał daje ciepło porównywalne do zestawu 3 bluz ze zwykłego Power Stretch lub większe, a moje doświadczenia z nim okazały się na tyle dobre, że firma włączyła nową bluzę do produkcji.

Na postojach i biwakach, kiedy dużo czasu spędzałem w bezruchu, nieoceniona okazała się kurtka puchowa. W moim przypadku była to Karrimor Sub Zero Jacket, najcieplejszy model tej firmy, kiedyś wybitnej, dziś sprzedawanej w brytyjskich outletach w promocji za pół ceny. Tam też zresztą ją znalazłem. W krótkim czasie po zakupie jej wypełnienie straciło nieznacznie swoją sprężystość, na szczęście kurtka zachowała dobrą termikę. Choć niezbyt lekka (750 g) jej zabranie było dobra decyzją. Bez niej przeżyłbym tę wędrówkę, ale stałaby się ona dużo bardziej męcząca.

Na wiatr, śnieg i deszcz zakładałem lekką kurtkę North Face Venture z membraną HyVent, choć w przyszłości rozważyłbym zamiast niej wiatrówkę (np. Patagonia Houdini Jacket lub podobną), która jest 2-3 razy lżejsza i pakuje się do własnej kieszeni.

Dolną część ubioru stanowiły 2 warstwy: lekkie leginsy (Craft Zero Extreme Underpants) oraz spodnie softshellowe (Vaude Resolve Pants). Te ostatnie proste i bardzo komfortowe, zatrzymujące nawet silny wiatr. W głębokim śniegu przydawały się też ochraniacze Pajaka z membraną.

Skarpety – na długie wędrówki zimą zabieram tradycyjnie skarpety Bridgedale, model Summit (2 pary), a pod spód cienkie skarpetki z włókna Coolmax. Te pierwsze sprawdzają się wyśmienicie, te drugie już mniej – materiał nie jest trwały i często wymaga prania. Na kolejną zimową wyprawę zdecydowanie zabrałbym cienkie skarpety z tego materiału (np. Smartwool PhD Outdoor Ultra Light Crew). Zestaw uzupełniały „eksperymentalne” skarpety z tego samego materiału Power Strech, co bluza. Okazały się bardzo ciepłe, tylko na mrozy.

Rękawice – na tak długiej wędrówce dobrze sprawdziły się wełniane, które, nawet lekko wilgotne, grzały dłonie. Niestety, te które wziąłem niebyły trwałe i padły w połowie drogi. Na szczęście miałem oprócz nich rezerwę, w postaci łapawic Alpinusa (model sprzed ok. 15 lat) z membraną i polarową rękawicą wewnętrzną.

Całości dopełniała czapka z Polartec Wind Pro oraz 2 buff’y – cienki, w wyższych temperaturach zastępujący czapkę i grubszy, na silnym wietrze zakładany na szyję. Nie zabierałem kominiarki, gdyż kaptur bluzy spełniał dobrze jej rolę.

Plecak

Zima to wolniejszy marsz, więcej sprzętu, jedzenia i paliwa. O ile latem wystarczyłoby mi 40-45-litrów, zimą konieczny był plecak 70-litrowy. Na przejście Słowacji zabrałem model GoLite Pinnacle 76 l, którego główną zaletą jest niska waga. Nie był to dobry wybór. Pas biodrowy jest w nim raczej symboliczny i nie przejmuje dobrze ciężaru bagażu, a wąski kształt utrudnia dostęp do wnętrza. Brak usztywnienia na plecach wymusza za każdym razem ostrożne pakowanie, choć do tego ostatniego w końcu się przyzwyczaiłem. Myślę, że mając mniejszy śpiwór i zostawiając w domu puchówkę, mógłbym spakować cały sprzęt do mojego dotychczasowego, 55-litrowego plecaka.

Gotowanie

Maszynka jaką zabrałem na zimową Cestę SNP to jakby zaprzeczenie idei „na lekko”. Zamiast lekkiej, składanej maszynki, miałem ze sobą Primus Gravity MF, wielopaliwową i cięższą. Taki wybór miał jednak ważną zaletę: butla gazowa nie jest nakręcana do niej od dołu, ale łączy się z nią poprzez wężyk. Dzięki temu sama maszynka oraz stojąca na niej menażka może spoczywać na ziemi lub w przedsionku namiotu, a butla (nawet zimą używam tylko gazu) może być ogrzewana w dłoniach lub we wnętrzu śpiwora. Gdy jest zimno, gaz można położyć na pokrywce menażki. Dzięki temu, bez względu na panująca wokół temperaturę, gaz rozpręża się i łatwiej wydostaje z butli. Ten system wypróbowałem już wcześniej w Alpach i bardzo dobrze sprawdził się on także tej zimy.

maszynka_mf

Na przejście Słowacji zużyłem 3 duże kartusze gazu (450 g) i 1 mały (225 g), była to głównie zimowa mieszanka Primusa. Do tego nieśmiertelna menażka Primus Eta Power z radiatorem, w którym wypiłowałem brzeszczotem otwory, idealnie pasujące do ramion maszynki.

Gotując zimą w namiocie pamiętaj jednak o ważnej rzeczy: wentylacja to podstawa. Historia wypraw zna przypadki zaczadzenia w namiotach.

Gotowanie w namiocie

Źródło: tvtropes.org (CC BY-NC-SA 3.0)

Namiot

Używałem lekkiej jedynki firmy Eureka!, tej samej, która zabrałem na Łuk Karpat. Nieduży namiot, dający komfortowe warunki latem, zimą nie był niestety tak dobry. O tej porze roku na biwakach spędza się więcej czasu, trzeba pomieścić w nim więcej sprzętu, sam zimowy śpiwór zajmuje znaczną część przestrzeni życiowej. W tych warunkach nie raz zdarzało mi się odczuwać ciasnotę. Każdego ranka, wstając, strząsałem na siebie szron, w jaki zamieniał się nocą mój skroplony oddech. Gdybym miał wybór, myślę, że na podobną wyprawę zabrałbym nieco większy, ale również jednopowłokowy namiot. Waga, mimo wszystko, pozostaje moim priorytetem.

Model który bym rozważał to bardzo lekki namiot lub tarp, rodzaj namiotu pozbawiony podłogi, a więc znacząco lżejszy (np. GoLite Shangri-La 2), który do rozbicia wymaga dwóch kijków teleskopowych, oszczędza więc dźwigania stelaża.

Wspominając kilka deszczowych lub bardzo śnieżnych nocy, nie zdecydowałbym się jednak iść na podobną drogę wyłącznie z płachtą biwakową – komfort noclegu we własnej przestrzeni, nie będąc przywalanym zwałami padającego śniegu, był wart tego dodatkowego ciężaru.

Do jego rozbijania używałem szerokich, aluminiowych śledzi do śniegu Hampton Works (produkcja brytyjska), przy długości 31 cm znakomicie trzymały nawet w sypkim puchu. Waga jednego to 55g. Podobne śledzie, produkowane przez MSR, są dwukrotnie lżejsze, ale znacznie droższe.

Śpiwór

Uniwersalny śpiwór na beskidzką/karpacką zimę to dla mnie około 900 gramów puchu. Ważny jest jednak nie tylko waga wypełnienia, ale także materiał z jakiego jest uszyty śpiwór. W tym roku pożyczyłem na wyprawę gruby, około 1-kilogramowy śpiwór, uszyty chyba w jakimś domowym warsztacie. Szybko poznałem jego, jedyny zresztą, mankament: wierzchni materiał nie odprowadzał wilgoci na zewnątrz, co powodowało, że po prawie każdej nocy budziłem się w kokonie, który był co prawda suchy od środka, ale kompletnie mokry od zewnątrz. Moje poprzednie śpiwory, uszyte z tkaniny Pertex, nie miały nigdy tej wady.

Rakiety czy narty?

Z braku odpowiedniej ilości śniegu rakiety i łopatę śnieżną odesłałem do domu trzeciego dnia, jeszcze w Bieszczadach. Zdecydowałem się na rakiety, gdyż moje doświadczenie z turystyka narciarską jest bliskie zera. Przed laty, pracując w sklepie turystycznym, sprzedawałem co prawda narty biegowe, śladówki, do telemarku czy turowe, montowałem wiązania do niektórych z nich i dobierałem klientom buty, jednak sam nigdy tego sportu nie spróbowałem. Uznałem więc, że czas przygotowań do przejścia 850 km zimą to zbyt późno na praktyczną naukę narciarstwa i wziąłem rakiety.

Czy była to dobra decyzja? Biorąc pod uwagę moje umiejętności i fakt, że żaden środek zimowego transportu nie był w tym roku potrzebny – zdecydowanie tak. Gdyby warunki śnieżne były trudniejsze, rakiety spełniłyby swoje zadanie, podobnie narty. Obydwa mają jednak swoje ograniczenia. Rakiety ułatwiają wędrowanie w gęstych krzewach lub zagajnikach, wszędzie tam, gdzie narta zaplątałaby się w konary lub gałęzie. Takich miejsc mnóstwo było na mojej tegorocznej drodze i do dziś pamiętam, jak w Wołowskich Wierchach dwójka dobrych, idących na lekko narciarzy, przez dwie godziny nie była w stanie mnie wyprzedzić, gdyż co rusz musieli okrążać lub przechodzić powalone pnie. Zabierało to im tyle czasu, że idąc pieszo bez problemu ich doganiałem. Zabieranie ze sobą nart czy rakiet tej zimy było, z małymi wyjątkami, zupełnie zbędne.

Z drugiej strony mając narty, wielokrotnie zaoszczędziłbym czas zjeżdżając kawałek drogi prowadzący w dół. Tu jednak mam wątpliwość: czy pokonując wiele fragmentów Cesty SNP zjazdami mógłbym nazwać moją wędrówkę „przejściem”? Moim zdaniem nie. Podobnie jak „przejściem” nie jest dla mnie jazda na nartach z użyciem latawca, wyposażenia stosowanego przez polarników. Narciarze mogą się jednak rządzić innymi zasadami.

Raki? Czekan? Kije ?

Czekan jest zbędny, raki mogą się przydać na odsłoniętym grzbiecie Niżnych Tatr. Nie muszą to być pełne, 12-zębne raki do alpinizmu, turystyczne raczki z 4 lub 6 zębami będą najczęściej wystarczające. Na tegoroczne przejście zabrałem najprostszy i najlżejszy model, jaki mogłem znaleźć, firmy Rapex. Sprawdzały się tylko na płaskim grzbiecie lub łagodnie nachylonych zboczach. Już na umiarkowanie stromych stokach były nieskuteczne, łatwo zsuwają się też z butów.

raczki_cesta_snp

Zimą niezbędne są jednak kije. Tu drobna uwaga – używałem kijków teleskopowych Masters Active, blokowanych w klasyczny sposób, za pomocą skręcania. Mechanizm rozporowy blokujący elementy kijków był jednak podatny na zamarzanie i wielokrotnie zdarzyło się, że moje Mastersy zablokowały się na amen na mrozie. Dodatkowo jeden z elementów odpowiadających za blokowanie wypadł z kijka już po zakończeniu drogi przez Słowację, czyniąc go bezużytecznym. Zimą zdecydowanie lepiej sprawdzają się kijki blokowane za pomocą małej dźwigni zaciskowej, popularnej w modelach Leki lub Black Diamond.

flicklock

(CC www.flickr.com/photos/pigmonkey)

Nawigacja i oznakowanie

Latem i zimą mapa i kompas są niezbędne. Nie tylko na wypadek złej pogody, ale dlatego, że na wielu odcinkach oznakowanie Cesty SNP jest stare, niewyraźne, czasem wręcz mylące. Niczym niezwykłym jest brak strzałek na rozstajach dróg lub zero znaku na odcinku kilkuset metrów. Nie każda ścieżka czy droga leśna jest też wyrysowana na mapie.

Używałem map Słowacji dwóch wydawnictw: VKU Harmanec i Tatra Plan. Pierwsze obejmują 100% powierzchni kraju, drugie około 30%, ale to wędrówka na tych drugich była nieco łatwiejsza, ze względu na czytelniejszy rysunek mapy i większą ilość szczegółów.

Jedzenie i zaopatrzenie

Z zaopatrzeniem w jedzenie i paliwo nie ma problemu, w drodze przez Słowację regularnie schodziłem do miejscowości i sklepów. Najdłuższe odcinki z dala od osiedli liczyły 5 dni i zdarzyły się trzykrotnie (odcinek Krzemieniec – Przełęcz Dukielska, grzbiet Wołowskich Wierchów i Niżne Tatry), poza nimi zabierałem zapas jedzenia na 2-3 dni. Paliwo bez problemu znaleźć można np. w Koszycach (sklep Bergsport, ul, Hlavna 40 na Starym Mieście). Latem jego uzupełnianie nie powinno być potrzebne. Zimą już tak, chyba że pokonujesz krótszy odcinek szlaku lub jesteś na tyle twardy/a, by dźwigać cały zapas ze sobą.

Planując codzienną dietę szybko wprowadziłem dwie zasady:

– jem jeden ciepły posiłek dziennie, aby zaoszczędzić czas i paliwo,
– możliwie często korzystam z produktów wymagających tylko zalania wodą, zamiast gotowania.

Mój typowy jadłospis wyglądał więc następująco:

– śniadanie – 300-400 g musli/crunchy + herbata; wodę na herbatę gotowałem poprzedniego wieczoru i gorąca butelkę wkładałem na noc do śpiwora; taki sposób zapewniał mi darmowe ogrzewanie nocą i względnie ciepły napój nad ranem;
– w ciągu dnia – czekolada, chałwa, suszone owoce, orzechy itp.;
– kolacja – jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia; zazwyczaj składało się na niego 250 g mięsa i 200 g purre ziemniaczanego lub kaszy gryczanej, względnie 250 g kaszy z sosem i niewielką ilością warzyw.

DSCF4701

Kiełbasa z Lidla i musli podstawą racjonalnej diety

Kasa

Ceny na Słowacji są obecnie nieco wyższe niż w Polsce, zazwyczaj zaopatrywałem się więc w supermarketach. Nie lubię ich, ale w tej drodze nie miałem dużego wyboru, były zresztą jedynym miejscem, gdzie znajdowałem jedzenie nie wymagające długiego gotowania. Gdy ich zabrakło, kierowałem się do mniejszych, wiejskich sklepów.

Ceny noclegów wynosiły 10-16 euro, najdrożej w wysoko położonych schroniskach w Niżnych Tatrach. Jeśli będziesz iść Cestą hrdinov, polecam Ci dwa miejsca, które ujęły mnie swoją gościnnością: pensjonat Rejdovian w Telgarcie i utulnię pod Chabencom w Niżnych  Tatrach, o klimacie naszej chaty studenckiej.

Koszt całego przejścia? Pobyt na Słowacji razem z dojazdem w Bieszczady i powrotem do Polski, paliwem, noclegami i okazjonalnym kuflem piwa wyniósł 1530 złotych. Gdybym miał urwać cokolwiek w tej kwoty, starałbym się rzadziej korzystać z noclegów pod dachem, choć oszczędność wyniosłaby pewnie 150 zł.

Język

To chyba najmniejsze zmartwienie w tym kraju. Jeśli nie znasz słowackiego, wal po polsku. Ktoś Cię w końcu zrozumie. Warto jednak mówić trochę po słowacku, nawet podstawowa znajomość języka bardzo pomagała mi w rozmowach i zjednywała ludzi. I PAMIĘTAJ: w rozmowie ze Słowakiem nigdy nie mów „szukam drogi na zachód”. Jeśli nie wiesz dlaczego, zapytaj wujka Google’a lub uwierz mi na słowo 🙂

Samemu?

Iść samotnie czy z kimś? Odpowiedzi na to pytanie szukałem kilka miesięcy temu, we wpisie o samotnym wędrowaniu. Jeśli masz odpowiednie doświadczenie, letnie przejście Cesty SNP nie będzie problemem, nawet samotnie. A zimą? Choć przejście zimowe tego szlaku było trudne i zawsze będzie ryzykowne, uważam, że sam, nawet przez chwilę, nie znalazłem się podczas niego na granicy niebezpieczeństwa. Wiele zależy od warunków na jakie natrafisz. Doświadczenie zimowe z pewnością jest kluczowe.

Ubezpieczenie

Akcje ratunkowe na Słowacji są płatne, te z użyciem helikoptera kosztują kilkanaście tysięcy euro i więcej. Posiadanie polisy warto rozważyć, ale przed jej wykupieniem przeczytać wyjątki zapisane drobnym druczkiem. Wyjeżdżając na Słowację oszacowałem prawdopodobieństwo wypadku jako na tyle niskie, że z ubezpieczenia zrezygnowałem. Mam jednak wątpliwości czy polecać takie rozwiązanie innym. OEAV kosztuje 60 euro na rok, spokój ducha – bezcenny.

24 komentarze

  1. Super jak zwykle. 🙂
    A to musli zalewałeś wodą zimną, czy suche jadłeś?

  2. Fajnie, ciekawie, ale.. Mam nadzieje, że to tylko zajawka 🙂 Właściwie tą przystawką narobiłeś mi Łukaszu tylko i wyłącznie apetytu na więcej szczegółów! Nawet nie będe zadawał pytań, bo mam dziesięć do każdej wspomnianej częście garderoby i każdego innego szpeju 😉

    Jak już wspominałem wcześniej, mało osób podróżuje/wędruje tak intensywnie jak ty, 7000 km w bluzie PS Pro zrobię może w 10, a może w 15 lat? Chętnie bym zobaczył, jak będzie za 15 lat wyglądała 🙂

    Opisy szprzętu wyprawowego, to Twoja mocna strona, w połączeniu z długością wędrówek daje Ci to ogromne pole do popisu, mam nadzieje, że skorzystasz z tych możliwości z czasem!

    • Dawaj, dawaj Radek. Im więcej pytań od Was, tym więcej inspiracji do pisania, także o szczegółach, które mogły mi umknąć.

  3. I jeszcze jedno pytanie: co to za nożyk, bo nie widziałem w sklepach takich kuchennych w pokrowcach?

    • Byłem twardy i śniadania jadłem na sucho. Dawało radę. A ten nożyk – bardzo fajny wynalazek, przyznaję – to produkt z jakiegoś supermarketu w Warszawie, kupiony za 8 -9 złotych.

  4. Gratuluje wspaniała trasa, mam nadzieje, że odnalazłeś w niej tego czego szukałeś :))

    Mam pytanie: Jak przez tak długi czas radziłeś sobie z wilgocią w butach, Wiem że w takich warunkach, to buty trudno wysuszyć. Jak to wyglądało w praktyce. Często pomykałeś z mokrymi stopami.

    • Rzeczywiście był to problem. Buty były mokre od śniegu, który topił się na nich oraz od wilgoci pochodzącej ze stóp. Tej pierwszej byłem w stanie uniknąć po zaimpregnowaniu butów, gdy tylko wysuszyłem je i potraktowałem dużą ilością wosku, przez wiele kolejnych dni nie nasiąkły wodą i nie zamarzały na kamień. Wilgoć gromadząca się w środku była trudniejsza do usunięcia, ale od czasu do czasu zawijałem buty w folię i wkładałem je do śpiwora. Trzymane w ten sposób w cieple nad ranem były suche. Oczywiście raz na 7-10 dni pomagał pobyt w schronisku.

      Największym problemem był fakt, że moje Engadiny są już bardzo mocno zdeptane i woda dostaje się do nich przez pęknięcia w skórze. Mając nowsze buty i odpowiednio je impregnując, uniknąłbym tego kłopotu.

  5. Słuchałem Pana opowieści w radiu i zastanawia mnie jedna rzecz. Usłyszałem , że zrobił Pan 7000km bez znaczącej przerwy. Jestem ciekaw jakie były przerwy w marszu ?

    • Od kwietnia do października w dużej mierze szedłem, najpierw trasą z Warszawy do hiszpańskiego Santiago, potem Łukiem Karpat. Obydwa te etapy wyniosły razem około 6000 km. Pomiędzy nimi miałem 4 dni przerwy w Warszawie, na przepakowanie się i przygotowania do wyjazdu w Karpaty, w trakcie samych wędrówek odpoczywałem zazwyczaj po jednym dniu, średnio raz w miesiącu. Można więc powiedzieć, że około 6000 km robiłem z krótkimi odpoczynkami.

      Natomiast między zakończeniem Łuku Karpat, a zimową Słowacją była znacząca, około 3-miesięczna.

      • Dzięki za odpowiedź 🙂 A narzuca Pan sobie jakieś normy kilometrów do pokonania w ciągu jednego dnia ? Jakie są przygotowania do takiego marszu ?

        • Opuszczając rano biwak zawsze wiem, do jakiego miejsca chcę dojść danego dnia, ale nie zawsze się to udaje, zimą szczególnie. Nie mam normy kilometrów, raczej zasadę, że idę około 12 godzin na dobę zimą i około 14 latem. A przygotowań kondycyjnych nie robiłem żadnych, choć przez pierwsze dni wędrówki odczuwałem brak treningu.

  6. Wspominałeś chyba na ngt, o „głodzie” po powrocie, co mogło by wskazywać, że jednak kalorii brakowało w diecie.
    Przypomniałem sobie w tym kontekście relację A.Skurki, który opisywał wyprawę w warunkach temperatur „niższych”, gdzie miał planowany posiłek w nocy. Wychodziło mu bowiem, że te 8h snu zimą to za długa przerwa między posiłkami by organizm mógł się wzmocnić na następny dzień.
    http://andrewskurka.com/wp-content/uploads/food-hayduke.pdf

    • Ciekawe, nie wpadłbym na taki pomysł, choć u mnie raczej by się on nie sprawdził. Zbyt ważny jest dla mnie nocny odpoczynek, raczej zwiększyłbym więc kaloryczność innych posiłków, zwłaszcza wieczornego.

  7. Cześć,

    Chciałem dopytać o impregnację butów. Jakie środki najczęściej stosujesz? Napisałeś, że przed wypadem powinieneś je dobrze zaimpregnować, bo nasiąkły i pękała skóra. Czy impregnowałeś także buty w trakcie, aby zabezpieczać je co 1-2 dni?

    • Tak, gdy tylko wyschły zaimpregnowałem je solidnie i to bardzo pomogło. Potem powtarzałem zabieg co 3 dni, głównie dlatego, że śnieg był mokry, a buty paskudnie popękane. Używałem Granger’s G-Wax Leather Conditioner. Wnika dość dobrze w skórę, nadaje elastyczności i chroni przed przemoczeniem, wydaje mi się dobry. Podobnie dobrze działa Granger’s G-Wax który jest gęstszy i wydaje mi się, że tworzy dzięki temu trwalszą powłokę zabezpieczającą but.

  8. Cześć
    Jako druga podkoszulka zdecydowanie z wełny merynosów, zreszta pierwsza też. Pierwsza grubsza 200g/m2 a druga cieńsza i obie obcisłe. To mi się najlepiej sprawdza. Te z Kwarka są bardzo dobre, ponieważ dbają o jakość wełny.
    A ta bluza z power stretch to tzw Navy, nurkuję w niej i jest pierońsko ciepła. Jednak na postojach i w nocy puchu nic nie przebije.
    Pozdrawiam
    Do zobaczenia na szlaku

  9. Zauważyłem, że zapomniałeś o opisaniu karimaty/maty/materaca, na którym spałeś, a właśnie przeszukuję Twoją stronę w poszukiwaniu info o tym co polecasz pod plecy na zimowy biwak 🙂

    • Gdy temperatura nie spada bardzo, biorę matę RidgeRest. Jest nie do zniszczenia, jest lekka i jest ciepła – idealne połączenie. gdy zaczyna być zimno dokładam pod nią materac dmuchany Sea to Summit Ultralight. Daje to zestaw o wadze około 740 g i dużym komforcie termicznym.

      Czasem używam maty samopompującej, ale z reguły pod dachem. Tej, którą mam, nie zabieram na noclegi do lasu czy w skały, gdzie mogłaby ulec przebiciu. Raczej ląduje na podłodze w schronach itp. a więc wychodzi na to, że używam jej bardzo rzadko.

  10. Czy wzięcie namiotu w okresie letnim na tę trasę zmniejszy zauważalnie koszt całej wyprawy? Jak wygląda możliwość spania w nim na szlaku? (wiaty, chatki, istnieją bazy namiotowe coś a la polskie SKPB)?

    • Na Słowacji nie są popularne bazy namiotowe w rozumieniu naszego np. Regietowa czy Madejowego Łoża. Prawdę mówiąc – żaden taki obiekt nie przychodzi mi teraz do głowy. Również chatki studenckie nie są chyba tak popularne, na szlaku SNP tylko chata pod Chabencom w Niskich Tatrach była takim obiektem. Więcej jest natomiast wiat, chat myśliwskich czy utulni, z których korzystałem.

      Schroniska kosztują ok. 10-15 euro za dobę, więc namiot lub tarp zmniejszy koszt. Po doświadczeniach ostatnich lat w góry Słowacji wziąłbym zdecydowanie tarp/plandekę, znacznie lżejszą niż namiot, a dająca podobny komfort. Znaczna cześć szlaku SNp przebiega poniżej granicy lasu, więc możliwości schowania się na jedną noc w pobliżu ścieżki jest masa. A w Niskich Tatrach można skorzystać z utulni i schroniska pod Dumbierem.

  11. Na zsuwanie się Rapeksów jest prosty sposób – wystarczy dowiązać do tylnej taśmy kawałek sznurka i związać go z przodu jak sznurowadło 😉

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *