Jednym z najtrudniejszych doświadczeń w podróży przez Azję była kradzież plecaka w Kazachstanie. Strata poniesiona całkowicie z mojej winy i tak głupia, że aż wstyd o niej pisać.

Pewnego wieczoru zszedłem z gór Tien-Szan do Ałmaty. Nie miałem ochoty dźwigać dwudziestu kilogramów przez całe miasto, musiałem jednak dostać się do kirgiskiego konsulatu, by odebrać paszport z wizą do kolejnego kraju. Zostawiłem więc plecak z większością sprzętu, ukryty w krzakach na przedmieściach, zamaskowany roślinami oraz jakąś znalezioną płachtą.

Ruszyłem w miasto biorąc ze sobą torbę fotograficzną. Miałem w niej komputer, aparat z obiektywami, dokumenty, karty, pieniądze i jakieś drobiazgi. Po dwóch godzinach dotarłem do konsulatu i którym bez problemu odebrałem wizę. W drodze powrotnej wstąpiłem jeszcze do centrum handlowego, gdzie kradłem bezprzewodowy internet. Wieczorem wróciłem na przedmieścia i odnalazłem znajome krzaki. Plecaka nie było.

Pierwsze sekundy to atak paniki. Potem rzuciłem się na beznadziejne poszukiwania. Przeczesałem dwa razy całą okolicę, w nocy i nad ranem. Mój bagaż zniknął. A dokładniej ktoś odnalazł go, wyrzucił na ziemię zawartość i zabrał to, co uważał za wartościowe. Na ziemi zostało kilka moich ubrań, menażka, kuchenka gazowa, szczoteczka do zębów i parę nieistotnych drobiazgów. Przepadły: namiot, śpiwór, mata, apteczka, kurtka przeciwdeszczowa i sam plecak. A także dziennik z ostatnich dwóch miesięcy, ładowarka i zapasowa bateria do aparatu.

Co robić bez bagażu, gdy jest się kilka tysięcy kilometrów od domu, bez dobrej znajomości języka, z równowartością kilku złotych w kieszeni? Mogłem napisać do rodziny, prosząc o pomoc i ewakuować się do Polski w poczuciu totalnej klęski. Mogłem jednak ruszyć dalej, próbując radzić sobie z tym, co mi zostało. I tak zrobiłem. Mając za cały bagaż niewielką torbę oraz mały tobołek z ocalałymi rzeczami, zacząłem iść przed siebie. Na przedmieściach złapałem kierowcę jadącego w stronę granicy. Tego samego dnia byłem już w Kirgistanie.

Wydarzenia kolejnych dni pokazały mi, że rzeczy w podróży zdarzają się, gdy ich naprawdę potrzebujemy, nie wcześniej ani później. Na konto wpłynął długo oczekiwany przelew od redakcji, na miejscowym bazarze kupiłem więc niewielki wojskowy plecak i nylonową pelerynę. Przypadkowo spotkani Rosjanie podarowali mi swój stary śpiwór. W miejscowym sklepie znalazłem gaz do kuchenki, którą złodzieje jakoś dziwnie przeoczyli. I nagle okazało się, że choć mój bagaż skurczył się ponad dwukrotnie, to co mam wystarczy, by móc podróżować dalej. Może nie tak wygodnie, ale na pewno lżej i z ulgą dla pleców i ramion.

O stylu „light & fast” słyszałem już wcześniej, przy okazji turystyki górskiej. Problem w tym, że w dwuletniej podróży po Azji ciężko byłoby go wdrożyć. Musieliśmy dźwigać ze sobą rzeczy potrzebne na zimowy Iran, treking w wysokich Himalajach i indyjskie upały. W jednym plecaku upchane były i zimowy śpiwór, i moskitiera w dżunglę. Dźwigałem wtedy około 20 kilogramów, podróż „light & fast” wydawała nam się wtedy nieosiągalna. Kiedy straciłem połowę mojego wyposażenia, poczułem w pierwszej chwili przerażenie, później złość, a na końcu zacząłem czuć wdzięczność wobec tych, którzy wybawili mnie od taszczenia tego balastu.

Kolejne pół roku w Azji Centralnej i Europie przeżyłem mając nie więcej niż 12 kilogramów. Moje rzeczy, ułożone jedna obok drugiej, zmieściłyby się na jednym metrze kwadratowym podłogi. Ubrania i kuchenka na szczęście ocalały. Miałem znowu plecak i śpiwór. Peleryna przeciwdeszczowa była moją kurtką i namiotem w jednym. Na resztę składały się komputer, aparat i kilka osobistych drobiazgów. Ku mojemu zdziwieniu wszystko to wystarczyło, by przeżyć, a nawet zrobić kilka bardzo fajnych trekingów w górach Tien-Szan i Pamiru, podczas których wychodziłem na wysokość 5 000 metrów. Po powrocie do Polski wiedziałem jedno: jakakolwiek nie będzie kolejna wycieczka w świat, zrobię ją na lekko!

Dlaczego właściwie na lekko? Jakie ma to zalety?

Wygoda. Styl „light & fast” jest po prostu komfortowy. Pamiętam widok turystów spotykanych zwłaszcza w Azji Południowo-Wschodniej: na trzytygodniowy objazd po Tajlandii i Kambodży, taszczyli ze sobą plecaki tak ciężkie, że chyba z trudem mieściły się w przepisowych 30 kilogramach bagażu lotniczego. Każdy z nas ma oczywiście inne potrzeby, po co jednak zabierać na krótki urlop kompletna zmianę ubrań na każdy dzień, połowę biblioteki i kilka kilo elektroniki?

Mniejszy bagaż to mniej zmartwień z powodu potencjalnej kradzieży. Zapakowanie się w jeden, mały plecak oznacza, że możesz mieć go cały czas przy sobie, odpada więc obawa, że niezdarne linie lotnicze wyślą Cię do Londynu, a bagaż na Hawaje. Gdy jedziesz autostopem, masz większą kontrolę nad plecakiem. Nie musisz wkładać go do bagażnika i martwić się czy w chwili wysiadania kierowca na pewno nie odjedzie z Twoim dobytkiem… Gdy idziesz przez góry, lekki plecak oznacza więcej kilometrów w ciągu dnia, możliwość dłuższych postojów i ulgę dla kolan. A gdy ostatnia taksówka z lotniska do miasta ucieknie, łatwiej będzie Ci iść z bagażem 30 niż 90-litrowym.

Filozofia życiowa. L&F to nie tylko lżejszy bagaż. To także zdrowe podejście do życia. Sprawia, że mniej uwagi poświęcam temu co mam, a więcej temu, co mnie otacza. Nie tylko w podróży lub w górach, także w domu.

Czy te wszystkie rzeczy które zabieramy czynią podróżowanie pełniejszym lub chociaż bardziej komfortowym? Wątpię. Jeśli jadę na koniec świata, by odpocząć od codziennego dnia, a przy tym zabieram ze sobą połowę domu, to tak naprawdę nie daję sobie szansy na zostawienie wszystkiego i odpoczynek. Zabrane gadżety sprawiają raczej, że cały czas jestem przywiązany do tego, co zostawiłem za sobą. I chociaż jestem na innym kontynencie, tak naprawdę nie wyjechałem nigdzie. Gadżety mogą dać mi chwilową satysfakcję i pokażą innym mój status. Tkwię jednak w tym, co i tak na co dzień mam.

A gdyby tak zostawić wszystko co nas wiąże z codziennością? Zabrać dosłownie to, co niezbędne do przeżycia i ruszyć na dwa tygodnie, w dżunglę lub góry? Albo po prostu skupić na tym, co dzieję się TUTAJ i TERAZ, zamiast myśleć o tym, jak ciężki jest plecak? Jakże inaczej zaczęlibyśmy odbierać świat dokoła! Mniejszy ciężar bagażu uwalnia myśli i pozwala podróżować bardziej świadomie.

„Na lekko” to nie tylko pomysł na podróż, ale i całe życie. O tym jak zastosować go na co dzień, bardzo fajny artykuł opublikował portal iWoman (panowie też mogą zajrzeć!).

Uważność. Minimalizm to także ćwiczenie uważności. Wiedząc, że muszę spakować się do małego plecaka, znacznie staranniej wybieram to, co zabiorę. Zamiast bezmyślnie ładować do worka stos niepotrzebnych rzeczy, zastanawiam się, co jest mi niezbędne do przeżycia, a co tylko przydatne. Moja pierwsza samotna wyprawa, przejście Łuku Karpat w 2004 roku, nauczyła mnie, że jeśli coś może okazać się zbędne, to prawdopodobnie takim będzie, a wtedy nie warto tego zabierać. Mały bagaż, to też mniej przedmiotów, o których muszę pamiętać. Mając niewiele, wiesz gdzie co trzymasz, a każda rzecz ma swoje miejsce w plecaku.

Praktyka duchowa. Gdyby różne rodzaje podróżowania bądź turystyki były religiami, L&F byłby buddyzmem. Buddysta uważa, że wszystko jest nietrwałe. Nawet najlepsze ubranie w długiej podróży musi się podrzeć. A skoro nie ma nic trwałego, do czego mielibyśmy się przywiązywać? To nie przedmioty, które zabieramy ze sobą, powinny określać naszą relację z miejscem, które odwiedzamy. Najważniejsze dzieje się w nas. L&F jest niczym zen (wiem, ostatnio modne słowo, ale nic na to nie poradzę!) i jego minimalistyczna estetyka.

Podejście „eko”. L&F to mniej materiałów, a więc i mniej surowców, które potrzebne były do wyprodukowania tego, co nosimy i używamy. Nowoczesne menażki powstają z tytanu, „oddychające” tkaniny z ropy naftowej, do przewiezienia tego całego towaru z drugiego końca świata potrzeba także paliwa… Im mniej przedmiotów posiadamy, tym mniejszą szkodę wyrządzamy tej planecie, sad but true.

Oszczędność. Nowe technologie zazwyczaj okazują się drogie. Na szczęście w przypadku L&F to nieprawda.

Po pierwsze podróżując na lekko dobrowolnie rezygnujemy z kupowania i zabierania części sprzętu. To co zaoszczędzimy zostaje w naszym portfelu. Jeśli postanowię, że zamiast trzech par spodni zabieram jedną, automatycznie zaczynam szukać tych w najlepszej jakości, które przetrwają najdłużej.

Po drugie lekkie rzeczy często wcale nie kosztują więcej niż ich cięższe odpowiedniki. Ubrania, buty czy plecaki są tu najlepszym przykładem. Kutka w której 9 lat temu przeszedłem Karpaty ważyła prawie 1 kg i kosztowała 600 PLN. Cienki model jaki kupiłem tej zimy, kosztował dwukrotnie mniej, przy wadze około 300 g. Oddychalność i wodoodporność są zbliżone, jedyna różnica to wytrzymałość mechaniczna. Moja stara kurtka jest nie do zajechania, nowa już chyba tak mocna nie będzie.

Zaufanie. Idąc na kilkanaście dni w nieznaną okolicę, z minimalną ilością sprzętu, muszę mieć zaufanie do swojej wiedzy, doświadczenia, muszę umieć improwizować. Idąc na lekko, mogę przemieszczać się szybciej. Styl L&F wymaga jednak, mówiąc słowami Wojciecha Kurtyki, „całkowitego i ufnego powierzenia siebie górze”. I właśnie to duchowe zespolenie się z miejscem gdzie jestem i zaufanie mu, pociąga mnie w tym oszczędnym stylu równie mocno, jak wszystkie wcześniejsze argumenty razem wzięte.

Za oknami wciąż śnieg, ale wiosna zbliża się nieubłaganie. Czas ruszać w drogę. Dokąd – jeszcze nie zdradzę, ale będzie to dla mnie podróż niezwykła i na pewno na lekko. 🙂  Mam nadzieję, że przez kolejne tygodnie będę mógł opisać, jak sprawdza się filozofia L&F w praktyce.

12 komentarzy

  1. Łukaszu, bardzo ciekawy wpis, mam nadzieje, że będziesz się tej minimalistycznej drogi trzymał i pomagał nam nią wejść 😉
    Ponieważ faceci to jak dobrze wiesz gadżeciaże, ja czekam niecierpliwie na listę sprzętu który ze sobą zabierzesz. Możesz chyba tu uchylić rąbka tajemnicy, trzymając w ukryciu cel podróży? Nie tak bardzo interesują mnie modele czy szczegóły techniczne, co po prostu co zabierasz i jak tego będziesz używał. Ten pomysł z wykorzystaniem peleryny jako namiotu/płachty biwakowej mi zaimponował, chętnie zobaczył bym zdjęcia 😉

    Pozdrawiam
    Radek

    • Nie chcę pisać co to, bo do ostatniej chwili nie będzie to pewne. Ale Europa, niziny i z małym bagażem na kilka miesięcy. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będę mógł już zdradzić.

  2. Łukasz, bardzo ciekawy link, fajnie że ludzie poważnie myślą o minimalizmie też w życiu codziennym. Nie wiedziałam, że to już niemal moda 🙂 W podróży (w moim przypadku w górach) to chyba jedyny sposób żeby naprawdę wykorzystać ten czas. Inaczej nie ma wolności. To właśnie „całkowite oddanie się górze”- czyli zaufanie do siebie i losu, powoduje że w podróży jesteśmy bardziej szczęśliwi niż w domu gdzie jest tyle „potrzeb”. Tyle się teraz mówi o komforcie, w sumie to słowo występuje niemal w każdej reklamie, a w rzeczywistości (dla mnie oczywiście) komfortem jest wolność- też ta od nadmiaru rzeczy, a chyba nawet i od nadmiaru doznań. Ciągła uważność- warunek oświecenia w Buddyźmie jest niemożliwa w zbyt szybkim świecie. Nie wiem czy „zaliczanie przeżyć” też nie powinno się znaleźć na liście -do wyrzucenia. Ja w każdym razie ograniczam się do bardzo małych rzeczy. „Zwykłych” gór, zwykłej pogody, zwykłych ludzi.

  3. Dobry wpis. Czytając stanęła mi przed oczami pewna historia, która z podróżniczym minimalizmem mogłaby mieć trochę wspólnego. Co prawda Chris aka Alex poszedł o krok dalej, aczkolwiek w podobnym kierunku. On rzucił dosłownie wszystko, zabierając ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy upchane w jednym plecaku i w trakcie swojej podróży nabierał niezbędnego doświadczenia, które miało mu pomóc na dalekiej Alasce. Jego ówczesna decyzja niestety była tragiczna w skutkach ale z drugiej strony pokazała, że rzeczy materialne, skończone dobre uczelnie czy niezależność finansowa wcale nie muszą być gwarantem szczęśliwości. Przynajmniej nie dla wszystkich.

    Podróż ,,na lekko” pozwala docenić wiele rzeczy, które dostrzega się dopiero wtedy, gdy nie trzeba martwić się zarówno od strony materialnej (że możesz coś cennego zgubić) jak i fizycznej (że grzbiet Ci siada i nie masz na tyle siły aby podziwiać i obserwować). Ja od siebie dodałbym jeszcze, że wiele rzeczy można w domu zostawić ale koniecznie trzeba mieć przy sobie aparat. 🙂

    pozdrawiam serdecznie!

    • Chris Mccandless to smutny przykład, tak naprawdę drobnego błędu, który doprowadził do śmierci. Poza tym niesamowity człowiek, który z marszu rzucił wszystko i potrafił przez ten krótki czas żyć pełnią życia. Dla mnie też jest inspiracją, przyznaję.
      Co do aparatu – 1000% zgody! Od lat starałem się zmniejszać wagę sprzętu, a potem zająłem się fotografowaniem i miejsce w plecak, które zaoszczędziłem wybierając lżejsze rzeczy, wypełnia teraz aparat i szkła.

  4. Ile kg ważył Twój plecak zanim Ci go zwineli?

  5. Dodam jeszcze ze nie warto zabierac wielu rzeczy ponieważ ZAWSZE coś się zgubi po drodze. Ja na przyklad lecąc do Ameryki Południowej juz pierwszego dnia zgubiłam kurtkę. Ot, zostawiłam w któryms z 3 samolotów którymi leciałam.

  6. Ciuchy to nie problem, bo można wziąć ich mało i po drodze prać.
    Wyposażenie też można ograniczyć do rozsądnego minimum.

    Gorzej jest z namiotem, który swoje waży… Mi do wytrawnego turysty brakuje bardzo wiele i jeszcze nie umiem sobie wyobrazić spania pod kawałkiem plandeki. W ładną, ciepłą noc spanie na plaży jest świetne, ale w chłodzie i deszczu zdecydowanie wolałbym namiot 🙂

    • Ja też, ale dodatkowy kilogram w tej drodze byłby męczarnią. A mając płachtę biwakową (nie mylić z plandeką, płachta jest dużo mniejsza i lżejsza) wytrzymam przelotny deszcz. A gdy zanosi się na trzydniówę? Cóż, trzeba szukać przystanku, opuszczonej szopy innej osłony.

  7. Łukaszu, czy mógłbyś powiedzieć co to za kurtka, która jest „nie do zajechania”. Czy masz jeszcze inne rzeczy, które uważasz za dobre jakościowo? Pytam, bo w tych czasach cena przeważnie nie współgra z jakością , a wybieranie produktów w sklepach to nie lada sztuka i nie zawsze wiadomo czym się kierować.

  8. WITAM KOLEGO. CO DO KWESTII ZMIANY UBRAŃ TO NAPISZE TAK:
    Potwornie się poce, na treningach mma, juz po 5 minutach rozgrzewki na 50 osob jestem najbardziej mokry!!!

    Namakaja kurtki, bluzki, leje sie jak bym pod prysznic wszedl. Kolega narzeka, ze sie spocil, patrzena niego, ma na koszulce maleńką plamke potu, ja juz stracilem z dwa-trzy litry potu. jak pod prysznic bym wszedl. Musze miec trzy bluzki, jedną na wejscie np na szczyt (polowa trasy). Druga na zejscie. Na szczycie robi sie zimno, po odpoczynku, caly zmokniety idealnie bylo by sie przebrac, zeby nie zmarznac rozniez, pozatym bardzi niemilo, plecak caly mokry mimo, ze jest na kurtce. zalozony. (odziez termoaktywna). Kolejna zmiana to przed spaniem, taki upocony, nie zdaze wieczorem wyschnac, trzeba sie przebrac w inna bluzke.

    Mam tez problem z obcierającymi się udami, rano jak wstaje brudny, spocony., piecze niesamowicie. Sa to dla mnie ogromne problemy, ludzie, ktorzy nie maja problemu z poceniem i obcieraniem ud, nawet niewiedzą jaki mają luksus!!! Planuje schudnac z 5kg (obecnie 92kg przy 178 cm), sprawa ud powinna mniej dolegać.

    Waga elektroniki udalo mi sie obniżyć. Samsung S7 do zdjec, do tego poweerbank na 3 ogniwa 18650 (okolo 2 ladowania). Do tego malenka latarka na Dioda CREE XM-L2 (obecnie chyba najmocniejsza)

    P.S. Jeżeli sienie pocisz potwornie, to w jednej bluzce majtkach itp idziesz cala wyprawe i masz to gdzies.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *