Czasem śmiałem się ze znajomych, którzy każdy element swojego wyposażenia ważyli na wadze kuchennej i zapisywali w arkuszu Excela. Po lekturze tej książki przestałem się śmiać, gdyż zacząłem robić to samo.

„Sztuka minimalizmu w podróży. 153 genialne porady, jak się pakować, aby plecak był superlekki” – brzmi tytuł książki Mike’a Clellanda. Niedużej, liczącej 130 stron i jeszcze świeżej, bo wydanej w tym roku przez wydawnictwo Sklepu Podróżnika. Jest kolejną z serii kilku pozycji, dotyczących wędrówki górskiej i narciarstwa.

Już rzut oka na okładkę wystarczył, by zaciekawić: jest na niej turysta z niedużym plecakiem i podpis „jedzenie i sprzęt na 10 dni poniżej 12 kg”. Poważnie? Przecież tego właśnie szukałem przez minionych 12 lat! Odkąd z 25-kilogramowym plecakiem przeszedłem Łuk Karpat, zastanawiam się, jak zmniejszyć wagę tego, co taszczę w góry. Rzuciłem się więc na tę pozycję i przeczytałem w jeden wieczór. Czy było warto?

sztuka minimalizmu w porozy

„Sztuka minimalizmu”…

…to przede wszystkim zbiór porad. Nie jest podzielona na wyraźne rozdziały i płynnie przechodzi przez chyba wszystkie aspekty wędrowania: wybór sprzętu, pakowanie, marsz, biwakowanie, zdobywanie wody, jedzenia i kwestię higieny. Nie jest to jednak wyłącznie zbiór sugestii „co zrobić, by było lżej?”. Tam, gdzie mowa o biwakowaniu, zawiera także konkretne i krótkie porady dotyczące wybierania miejsca na noc. W części o nawadnianiu – o piciu wody nieodkażonej, jej uzdatnianiu i uzupełnianiu elektrolitów. Obszerną część zajmują rady dotyczące kuchni: jak, co i na czym gotować, a także jak radzić sobie z brakiem jedzenia.

Za podstawową regułę tej książki może posłużyć tytuł porady nr 3: „Sprawdzaj wszystko!”. Czasem śmiałem się ze znajomych, którzy każdy element swojego wyposażenia ważyli na wadze kuchennej i  zapisywali w arkuszu Excela. Po lekturze tej książki przestałem się śmiać, gdyż zacząłem robić to samo. Świadomość ile waży każdy element mojego wyposażenia okazała się ułatwiać planowanie. Wiem już, że nie opłaca mi się brać bluzy z długim suwakiem, skoro waży o 150 gramów więcej niż zakładana przez głowę, choć ciepła daje tyle samo. Dopiero teraz zobaczyłem, jak dużo waży sam w sobie mój plecak, który uważałem za lekki.

Jednym z najważniejszych pytań, jakie zadaje „Sztuka minimalizmu…” brzmi: „Co jest naprawdę potrzebne? Czy poradzę sobie bez tego?”. Odpowiedź na nie może brzmieć „tak” lub „nie”. Sam już dawno przekonałem się, że warto opierać się pokusie zabierania rzeczy tylko przydatnych. Jeśli coś nie jest niezbędne – będzie po prostu niepotrzebne. Takie podejście wymaga dyscypliny i pozbycia się starych nawyków w stylu „ale ja zawsze to biorę!”. Wymaga też świadomości i wiedzy: do czego może posłużyć ten sprzęt? Kiedy będzie zbędny, a w jakich okolicznościach będę go potrzebować? I czy podczas tej drogi takie okoliczności napotkam? Tu pojawia się przypomnienie, że pewne rzeczy są wielofunkcyjne. Przykład? Gdy jest zimno, możesz owinąć się śpiworem, wkładając na wierzch obszerną kurtkę. To patent, który wielu turystom pachnieć będzie survivalem, prowizorką lub sileniem się na ekstremalizm. Ale gdy podejść do niego bez uprzedzeń – jest przecież prosty i skuteczny. Dziwne, że nigdy o nim nie pomyślałem.

Książkę napisał Amerykanin i niektóre porady, zwłaszcza dotyczące diety, łatwiej zrealizować w Stanach (chodzi głównie o znalezienie opisywanych potraw). Niemal wszystkie da się jednak zastosować w realiach „reszty świata”. Przykładem jest instrukcja używania palnika spirytusowego, w dodatku własnej roboty, wykonanego z puszki po konserwach. Takie modele bywają popularne wśród amerykańskich długodystansowców, w Polsce ich nie widuję. Nie oznacza to jednak, że nie możemy ich używać i my. Na kilka tygodni przed lekturą dotarła do mnie bardzo prosta i tania kuchenka na denaturat, a opisany w książce sposób gotowania na niej (jak zbudować ruszt pod menażkę, mając 3 szpilki od namiotu?) jest tak prosty, że aż wstyd, że sam na niego nie wpadłem. W odróżnieniu od wielu podręczników turystyki, znajdziesz tu sposoby i przykłady, a nie nazwy konkretnych produktów.

Zaletą książki jest więc prosta filozofia: bądź świadomy/a swoich potrzeb i bierz to, co niezbędne. A to co bierzesz, niech będzie jak najlżejsze. Znalazłem w niej sporo fajnych pomysłów, które zamierzam wykorzystać już wkrótce. Co ważne, wiele z nich nie wymaga żadnego nakładu finansowego, a wręcz pozwala na oszczędności. Upada więc mit, że wędrowanie na lekko musi być drogie.

sztuka minimalizmu w porozy

Pewne rzeczy były mi znane i doświadczony wędrowiec z pewnością będzie ich świadomy. Na przykład tej, że w większości wypadków lekka plandeka zastępuje namiot, oszczędzając wagę plecaka. Autor nie poprzestaje jednak na tym stwierdzeniu. Radzi, radząc też, jak rozbijać takie schronienie lub jak nie wychodząc spod płachty, regulować jej napięcie, gdy zwiotczeje pod wpływem deszczu. Znanym patentem jest też używanie maty jako stelaża do plecaka.

Wiosną zeszłego roku wyjechałem na weekend z 50-litrowym plecakiem. Teraz wiem, że mógłbym przejść Główny Szlak Beskidzki w mniej niż 2 tygodnie, niosąc plecak 16-litrowy, a w nim 3 (słownie: trzy!) kilo sprzętu plus wodę i jedzenie.

Czy warto stosować wszystkie rady?

Jak każdy poradnik książka jest raczej zbiorem wskazówek, nie Biblią. Znalazłem dwie lub trzy, z którymi się nie zgadzam. Przykładem jest rada, by iść w bardzo luźno zasznurowanych butach. Moim zdaniem szybko niszczy to wyściółkę i zapiętki, skracając żywotność obuwia, jest też ryzykowne dla palców, które w luźnych butach przesuwają się do przodu, obijając. W trudnym terenie jest w ogóle ryzykowne. Innym przykładem jest przechodzenie przez strumień w butach, pierwszy krok do odparzenia stóp. Są jednak i tacy, którzy chętnie z tych pomysłów skorzystają. Rzecz w tym, by znać różne sposoby i wybrać właściwy dla siebie.

Najbardziej kontrowersyjną częścią będzie pewnie fragment dotyczący higieny. A dokładniej: wydalania i papieru toaletowego. Z rysunkami! (Choć nie drastycznymi.) Powstrzymaj wstręt i przeczytaj. Nie ma żadnego powodu do uprzedzeń. Co do mnie, cieszę się że ktoś napisał to wprost: papier toaletowy jest w górach zbędny! Większość ludzkości nie używa go w ogóle, a to, co daje nam natura, w zupełności wystarczy. Jak to możliwe? Książka daje wyczerpującą odpowiedź.

A okładkowe „mniej niż 12 kg na 10 dni”? Po analizie książki i mojej szafy sprzętowej okazuje się realne. Wzięcie mniejszego śpiwora, rezygnacja z namiotu i kilku ubrań sprawiają, że mogę wziąć w góry mniejszy i lżejszy plecak. Mniejszy bagaż oznacza szybsze tempo i mniej jedzenia potrzebnego na zaplanowaną trasę. Spadek wagi jednego elementu, powoduje zmniejszenie kolejnych.

Niektóre porady w „Sztuce minimalizmu…” mogą wydać się przesadą, walką o każdy gram, tak, jak słynne już ucinanie szczoteczek do zębów. Główną ideą książki nie jest jednak skupianie się na drobiazgach. Zachęca raczej do całościowego spojrzenia na to, co i jak zabieram w góry, i zadania sobie pytania: „czego potrzebuję?”. Reszta jest dość prostą konsekwencją mojej odpowiedzi.

Poradnik przyda się każdemu, kto chce wędrować lżej. Nie jest duży i nie konkuruje z kopalnią wiedzy, jaką stanowi internet. Prezentuje za to każdy aspekt życia na szlaku. Początkującym może otworzyć oczy, pokazując inny sposób chodzenia. Zaawansowanym podrzuci sporo fajnych i nieszablonowych pomysłów, i zachęci do zgłębiania tematu.

16 komentarzy

  1. Lukaszu, a czy jest szansa na recenzje innych pozycji z tej serii, np. „Sztuka wędrowania z plecakiem, czyli jak podróżować z plecakiem i biwakować w terenie”?

    • Dobry pomysł. Może na wiosnę? „Sztuka minimalizmu…” to część serii, nie chciałbym recenzować każdej pozycji, bo stąd tylko krok o posądzenie o nachalny marketing 🙂 Ale „Wędrowanie i biwakowanie” oraz „Zimowa wędrówka” to bliska nam tematyka, więc czemu nie.

  2. Justyna

    fajnie opisane – i rzeczowa recenzja. dało do myślenia, bo zazwyczaj podśmiewam się z tego ważenia i liczenia każdego grama… a tu proszę, warto spróbować i się przekonać 🙂

  3. Łukasz, czy ta książka zawiera porady dla wyłącznie górskich wędrówek? czy też są one uniwersalne i przydatne do innych niż górzyste terenów?

    • Dobre pytanie. Słowo „góry” nie pada w tytule. Większość z tych porad zastosuje z powodzeniem turysta nizinny lub rowerzysta. Niewielka część przyda się nawet ludziom podróżującym przez cywilizację, śpiącym w hostelach, schroniskach itp. Jest jednak nakierowana na piechurów – ale niekoniecznie górskich.

  4. Odchudzanie sprzętowe to duża umiejętność, ale łatwo wpaść w paranoję. Nigdy do poziomu ważenia na wadze sprzętu nie doszedłem, ale z tabelek w exelu jako list sprzętu korzystam.
    Jak zwykle można popaść w szaleństwo i kupować tytanowe śledzie do tarpa. Powoli pojawia się jednak refleksja: artykuł na blogu Andrew’a Sukurki o takim o to tytule:
    http://andrewskurka.com/2012/stupid-light-not-always-right-or-better/
    W końcu to wybitny specjalista od „przebiegów długodystansowych”….

    • Polecam wagę, przydaje się. Dla zwykłej świadomości, że np. mam 2 bluzy o podobnej termice, ale biorąc lżejszą oszczędzam niemal 100 gramów. Gdy to samo zrobię z kilkoma innymi rzeczami otrzymuję nagle kilogram różnicy. A potem kolejny. Małe oszczędności robią robotę gdy dodać je do siebie. Waga pokazuje mi także gdzie szukać tych oszczędności, pokazując że np. niewiele „urwę”z mojej maszynki gazowej, ale mogę całkiem sporo z plecaka lub śpiwora. Itd.

      Zgadzam się jednak z artykułem Andy’ego. Kijki teleskopowe, dobra mata i pas biodrowy w plecaku nie są warte odrzucania tylko dla dodatkowych kilkunastu gramów.

      • Podobnie jest z oszczędzaniem, głupie 3 złoty dziennie to prawie 1100 zł rocznie. Czyli (nie)wydając tak niewielką sumę (rzędu jeden bilet MPK) jesteś co roku bogatszy lub biedniejszy o całego tysiaka :).

        • Dokładnie tak. Bardzo lubię dawać podobny do Twojego przykład: rzucając palenie 5-u papierosów dziennie otrzymujesz po roku równowartość ekspedycyjnego śpiwora puchowego za 1200 zł.

  5. Książkę nabyłem w promocyjnej cenie na „Kolosach”, a jako zwolennik minimalizmu we wszystkich aspektach życia i zadowolony czytelnik „Wędrowania i biwakowania” potrzebowałem tylko chwilę na zastanowienie się, czy warto kupić tę pozycję. Masa naprawdę fajnych porad, książka napisana z humorem, mam zastrzeżenia jedynie co do totalnego redukowania wyposażenia – wariant „superlekki” zaprezentowany w tej publikacji jest moim zdaniem mocno ekstremalny. Niemniej zainspirowany lekturą usiadłem do swojej listy wyposażenia, zabieranego na coroczne wyprawy urlopowe i zacząłem ją redukować. Myślę, że mogę być dumny, bo z około 20kg zejdę do najwyżej 16. Niby dużo, ale w tym jest sporo sprzętu foto (ponad 5 kg). Z pół kilograma udałoby mi się jeszcze spokojnie ugrać ale wymagałoby to wymiany statywu fotograficznego na lżejszy model.

  6. bakłażan

    Fajna książka, aż jej z ciekawości poszukam w bibliotece.
    Od siebie dodam, że jednak wszystkiego książką załatwić się nie da 😉 Porady poradami, ale często do tych prawd trzeba dojść samemu, metoda prób i błędów, nowicjusze lubią też nie dowierzać zapewnieniom, że „wszelki wypadek” najczęściej się nie zdarza. Pomijając jakieś ekstremalnie długie wypady bądź wypady specyficzne (góry zimą, wędrówka po bezludziu totalnym etc.), zazwyczaj starcza mi plecak średniej wielkości, a jego zawartość jest w zasadzie stała, także nawet samo pakowanie się zajmuje jakieś 10-15 minut 🙂

  7. Cóż, moje pierwsze wypady trekkingowe w latach 80-tych ubiegłego wieku to plecak 90 L ważący ok 35 kg żarciem. (namiot mikrus2 4,6 kg, butla z gazem ok 3 kg, materac CHRL ok 3 kg.m plecak „Atlas” 3kg). Lata 2010 to „odchudzenie do ok 20-25 kg. Plecak Atacama II. Obecnie na 2 tygodnie plecak (Osprej Kestrel 48) waży ok 11 kg z jedzeniem i sprzętem biwakowym (namiot 1kg lub tarp 680g ). Jedyne z czego nie potrafię zrezygnować to samo-pompa, z wiekiem sypiam coraz gorzej, a komfort snu na szlaku jest dla mnie równoznaczny z pomniejszeniem wagi. Jedno i drugie pozwala na szybkie poruszanie się. Szkoda że tak późno zacząłem to robić, być może miałbym zdrowsze kolana. Tutaj tez waga ma znaczenie.

    • Atacama. Niosła moje 22 kg Łukiem Karpat 🙂 Do takich ładunków już niemal nie wracam, te 11 kg o jakich piszesz to dla mnie również sensowna waga na długą trasę. Co do mat samopompujących – bardzo doceniam ich komfort, ale może kompromisem byłaby mata o długości 3/4, do kolan? Waży niewiele więcej niż dobra karimata.

  8. Fajna ta książka.
    Jako ciekawostkę powiem, że poduszkę można zrobić z bluzy polarowej, zabierając ze sobą poszewke na jasiek. 🙂
    Poszewka waży mniej niż torebki strunowe.

  9. „Innym przykładem jest przechodzenie przez strumień w butach, pierwszy krok do odparzenia stóp.”

    Przyznam szczerze, że raz przechodziłem boso. Nigdy więcej 🙂 Skończyło się leczeniem u znachora na Filipinach.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *