Długo zastanawiałem się czy w ogóle napisać ten artykuł. Bałem się i cały czas boję czy czytając go, nie zamkniesz z obrzydzeniem mojego bloga, postanawiając już nigdy na niego nie wracać. Uznałem jednak, że warto, z trzech powodów. Po pierwsze: kilka osób pytało już w komentarzach, jak udaje mi się przeżyć w krajach, gdzie jedzenie bywa 2 razy droższe niż w Polsce, a noc w najtańszym schronisku dla pielgrzymów kosztuje 20 euro. Po drugie: uznałem, że ci, którzy śledzą moją drogę do Santiago, zasługują na przeczytanie prawdy, jaka by ona nie była. Po trzecie: uważam to za ważny temat. Podejmuję więc to ryzyko, licząc, że nie stanie się strzałem w stopę. A jeśli tak? To trudno.

Zamknij na chwile oczy i pomyśl: jak wygląda jedzenie wędrowca, idącego przez Europę i żyjącego za 5 euro dziennie? Rano owsianka bez cukru, w południe sucha bagietka, wieczorem ryż z keczupem. Do tego woda z górskiego strumienia lub fontanny… Coś w tym stylu prawda? Na szczęście nie do końca.

Wyobraź sobie coś takiego:

Na śniadanie trzy jogurty z truskawkami oraz ciasto drożdżowe z kremem czekoladowym. Na drugie śniadanie: winogrona, banany lub jabłka (do wyboru, te ostatnie z upraw ekologicznych). W południe (zamiast obiadu): kanapki z wędzonym serem, przybrane papryką, sałatą i odrobiną rzodkiewki. Wieczorny posiłek: papryka nadziewana twarogiem, a do tego pikantne papryczki antipasti i łagodna sałatka grecka. Gdzieś między tym wszystkim sałatka z tuńczykiem (bo przecież źródło białka). Brzmi dobrze? A teraz wyobraź sobie, że masz to wszystko niemal za darmo.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem o freeganizmie, modzie na darmowe zdobywanie jedzenia. I to nie tylko jedzenia, ale w ogóle rzeczy codziennego użytku. Freeganizm – co to jest? W węższym znaczeniu, to zdobywanie jedzenia za darmo, zazwyczaj w miejscach, gdzie jest ono marnowane i wyrzucane jako niepotrzebne: w hipermarketach, na bazarach, w restauracjach. W szerszym znaczeniu to styl życia, w którym odwracamy się od konsumpcji i całego festynu „kupowania-coraz-to-nowych-przedmiotów” które prędzej czy później i tak wylądują na wysypisku. Powodów, dla których ludzie przyjmują tą filozofię, jest kilka. Jeden to na pewno oszczędność. Inne – szacunek dla środowiska, dla cudzej pracy i niechęć do marnowania żywności. Zwłaszcza w sytuacji, gdy miliard ludzi na świecie cierpi głód, a na przeciwnym biegunie miliard musi łykać tabletki odchudzające, by zrzucić zeżarte w pośpiechu, zbędne kalorie. Wykorzystujemy to, co innym niepotrzebne, tym co mamy, dzielimy się za darmo. Freeganizm to przeciwieństwo ślepej konsumpcji.

Z początku traktowałem ten styl życia raczej jako ciekawostkę. Minęło jednak trochę czasu i sam znalazłem się w okolicznościach, które pchnęły mnie do spróbowania tego sposobu zdobywania jedzenia. Było to, o dziwo, nie w bogatym kraju, ale rok temu, w Kirgistanie, gdy opóźniający się przelew od redakcji zostawił mnie z perspektywą przeżycia kolejnego tygodnia za 15 groszy. Udałem się więc na największy bazar w Biszkeku w porze, gdy był już zamykany i, ku swojej radości, znalazłem masę niesprzedanych przez handlarzy owoców i warzyw. Nawet w stosunkowo biednym kraju jedzenie bywa marnowane. Tym, co pozostało po całym dniu, można było nakarmić kilkadziesiąt osób. Od tamtej pory zdarzało mi się okazjonalnie praktykować taki sposób jedzenia. Teraz jednak przestał on być wyjątkiem, a stal się regułą.

Układając plan wędrówki do Santiago z góry założyłem, że na zachód od Polski i Czech darmowe żarcie będzie istotną częścią mojego jadłospisu. I tak rzeczywiście jest. Bazarów w tej części świata nie ma zbyt wiele, te które istnieją, to otwarte raz w tygodniu targowiska na rynkach miast. Ale zaplecza supermarketów często stoją otworem.

W tym miejscu widzę, jak zatrzaskujesz laptopa i z obrzydzeniem wołasz: „Porąbało cię?! Wpier…sz żarcie ze śmietnika?!”. Spokojnie.

Wielu z nas uważa, że jedzenie ze śmieci wygrzebują tylko bezdomni. Że oznacza to nurkowanie w śmietnikach i przegrzebywanie ton cuchnących odpadów. Czy tak jest? Okazuje się, że nie. Przez ostatnich kilka tygodni odwiedziłem tyły dziesiątków supermarketów, zdobywając tam dziesiątki kilogramów normalnego, zdrowego jedzenia. To, czego sklep nie może sprzedać, gdyż data ważności mija akurat dziś, albo to, co obiło się lub pogniotło.

Przede wszystkim: kontener nie zawsze równa się śmietnik. Znakomicie widać to w Niemczech, gdzie segregacja odpadów działa bardzo dobrze. Tam, na niesprzedaną żywność, ustawia się osobne kosze, do których nie trafia nic poza jedzeniem. Wszystko w firmowych, oryginalnych opakowaniach, z etykietami i cenami. Czasem poukładane tak, jakby było przygotowane do wzięcia. I w dodatku świeże, bo z dużych sklepów odpady wywożone są codziennie. W Polsce nie zawsze wygląda to tak dobrze, ale zdarzyło mi się znaleźć ślicznie zapakowane warzywa i owoce, powiązane w reklamówki z naklejonymi cenami. Po co ktoś miałby ważyć produkty przeznaczone na śmietnik? Nie wiem.

To, co szokuje mnie na pierwszym miejscu, to ilość jedzenia jaką nieraz znajduję. Wiem, że do kosza trafia pewnie niewielki procent tego, co sprzedaje sklep. Nie zmienia to faktu, że codziennie można by takim „zbędnym” jedzeniem zapewnić posiłek kilkunastu osobom. Na drugim miejscu zadziwia mnie jakość tego, co znajduję. Owoce i warzywa wyglądają nieraz lepiej, niż te leżące na półce. Wystarczy, aby jedno jabłko miało brązową plamę, a kierownik stoiska nakazuje wyrzucić całą ich siatkę. Freegańską klasyką, w całej Europie, są banany. Jeden ze sczerniałą skórką i cała kiść trafia do kosza.

W Polsce najłatwiej trafić na owoce i warzywa. Na zachodzie jest już pełny wybór. Dania, które wymieniłem na początku, to kombinacja „znalezisk” z różnych dni, w rzeczywistości supermarketowa dieta nie jest aż tak zróżnicowana. Ta lista daje jednak pojęcie o tym, jakie jedzenie i w jakiej ilości wywalamy każdego dnia do śmieci. Większość, rzecz jasna, higienicznie spakowaną. Tylko niektóre rzeczy lądują w koszu z powodu uszkodzonego opakowania, zazwyczaj nie wpływa to jednak na ich jakość.

Spora część ludzkości nie ma co jeść. Jeszcze większa jest permanentnie niedożywiona. Do dziś pamiętam nepalskie dzieci, z małych wsi pod szczytem Dhaulagiri, wcinające na obiad suchy ryż. Tymczasem w Europie wywalamy na wysypiska około ¼ wyprodukowanej lub sprowadzonej do nas żywności. Z ciekawości często rzucam okiem na kraj pochodzenia tego, co znajduję. Pomidorki koktajlowe z Maroka i Senegalu. Papryka z Hiszpanii. Pomarańcze z Brazylii. Tuńczyk z Tajlandii. Czy naprawdę przyjechały do nas, by zgnić w kontenerze? Banany zebrane na plantacji w Ekwadorze przepłynęły 5 tysięcy mil morskich w statku-chłodni do Holandii. W porcie przepakowano je na ciężarówki, by te przewiozły owoce kilkaset kilometrów, do południowych Niemiec. Tam, w skrzynkach, zawieziono je do sklepu, w którym zostały wyrzucone na śmietnik. Wiecie co jeszcze jest w tym frustrujące? Że ci, którzy to wszystko wyprodukowali, pracownicy z krajów rozwijających się, na co dzień nie mogą pozwolić sobie na zakup jedzenia, które sami wytwarzają. Rachunek ekonomiczny sprawia, że nie opłaca się pozostawić jedzenia w kraju, gdzie mogłoby nakarmić potrzebujących, opłaca się jednak wywieźć je wprost na europejskie bądź amerykańskie wysypisko.

Tu, w Europie, normy sanitarne, nakazują niszczyć jedzenie, które wykarmiłoby tysiące, a może miliony potrzebujących. W takich chwilach mam wrażenie, że nasz świat jest szalony, ale może to tylko moje przewidzenia.

Kto za to płaci? Na pewno nie korporacja, ta musi przecież wychodzić na swoje. Płacą klienci, gdyż straty wkalkulowane są w cenę, którą widzimy na półkach. Za wyrzucone jedzenie płacimy więc MY, tak czy inaczej.

Gdy w Kirgistanie zaczynałem przygodę z freeganizmem, kierował mną głównie głód. Teraz jednak uważam go za część pewnej filozofii, którą opisałem w artykule o podróżowaniu „light & fast”, a którą najprościej jest opisać słowami „mniej znaczy więcej”. Freeganizm to dla mnie fajny sposób na oszczędzanie, ale także, a może przede wszystkim, wyraz szacunku wobec zasobów przyrody i pracy ludzi, którym zawdzięczamy to jedzenie. Paradoksalnie, gdyby nie nasze nadmierne apetyty, europejskie czy amerykańskie śmietniki nigdy nie byłyby pełne, a freeganizm nie mógłby istnieć.

Czy można żyć i podróżować, bazując na darmowej diecie? Jak się przekonałem przez ostatnie 3 miesiące – można bardzo często. Pewnych rzeczy w supermarketowym kontenerze lub na zamykającym się bazarze nie znajdziesz, wystarczy jednak dokupienie jednego produktu, by otrzymać smaczny, pełnowartościowy i niemal darmowy posiłek. To, co zdarza mi się znajdować na zapleczach sklepów, to nie odpady, a często całkiem drogie dania, na które nie mógłbym sobie pozwolić, gdybym miał za nie zapłacić. Niemal wszystko świeże i oryginalnie zapakowane. Takimi właśnie rzeczami żywiłem się, mieszkając na poznańskim „Rozbracie”. Hitem mojego pobytu w tym miejscu był sernik na bazie tofu, z truskawkami, które znalazłem wcześniej na pustym bazarze w centrum Poznania. Był to czas, gdy opakowanie tych owoców kosztowało kilkanaście złotych. Suma za którą później, idąc przez Wielkopolskę i Śląsk, mogłem wyżywić się przez 2 dni.

Rozbrat

No dobrze, a jak to wygląda w praktyce? Cóż, freeganizm to po prostu kwestia szczęścia. Trzeba zaglądać na tyły sklepów, wypatrując miejsc, w którym wystawiane jest jedzenie. W Niemczech jest to niemal wszędzie osobny kontener, w Polsce nie zawsze. W Czechach freeganizm nie działał zupełnie, zapewne z powodu jakiś głupich przepisów sanitarnych, na szczęście jedzenie było tam tańsze niż u nas. We Francji jest słabo, ale nie tragicznie. Niekiedy kontenery zamykane są na kłódkę lub ogradzane, wtedy trzeba odpuścić. Na budynku są często czujniki ruchu, czasem kamery, pracownicy nie zwracają jednak uwagi. To, co jest najciekawsze w takim zdobywaniu jedzenia, to fakt, że nigdy nie wiesz co się trafi. Nie da się zaplanować dziennego menu, trzeba więc z humorem improwizować. Najciekawsze rzeczy jakie na jakie na razie natrafiłem? Dwukilowy tort czekoladowy, zestaw odżywek białkowo-witaminowych dla osób z anoreksją (to chyba z jakiejś apteki) oraz pół litra szkockiej whisky (nie dopilem).

Oczami wyobraźni widzę już komentarze w stylu „jesteś zwykłym żulem i darmozjadem, zachowujesz się jak dziad, przynosisz wstyd innym Polakom za granicą. Dźwigasz w plecaku komputer i aparat, a nie stać Cię na obiad za 10 euro?”.

Moja odpowiedź jest prosta: pieniądze zaoszczędzone dzięki darmowemu żarciu, wolę zainwestować w to, co lubię. Na przykład długą podróż przez Europę, taką jak obecna. Albo książkę. Albo nowy obiektyw. Coś, co jest moją pasją, jest trwałe i posłuży mi przez lata.

Co jest w tym wszystkim ważne? Wiedzieć, po co się to robi. O żywieniu się „wystawkami” z supermarketów napisała kilka tygodni temu Karolina w dyskusji pod artykułem o podrozach. Będąc w drodze można zachowywać się jak dziad, żebrać jak dziad i zamienić swoją podróż w ogólny „dziading”. Można też do freegańskiej diety podejść na spokojnie, bez emocji i korzystać z niej tam, gdzie to możliwe, zachowując przy tym szacunek do siebie i innych. Wszystko jest kwestią tego, jak podchodzisz do życia. Mieszkając w Polsce nie mam problemu z kupieniem jedzenia, z darmowej diety korzystam jednak, gdyż szanuję jedzenie i pracę ludzi, którzy je wytwarzają. Jestem freeganinem i czuję się z tym dobrze.

Jeden z moich znajomych, Brytyjczyk, przyznał mi się kiedyś, że mieszkając 2 lata w Londynie, korzystał wyłącznie z kontenerowego jedzenia i stołował się tak dobrze, jak nigdy przedtem. W Barcelonie powstał podobno przewodnik dla freegan, zawierający informacje, gdzie i w jakich porach najlepiej jest zdobyć darmowe jedzenie. Nie tylko jedzenie zresztą, także ubrania, a nawet meble. Darmowe odżywianie nie jest więc wymysłem dziadujących Polaków, ale sposobem na życie tysięcy ludzi w Europie i Ameryce.

A Ty, spróbowałbyś/abyś takiego sposobu na zdobycie jedzenia? A może już Ci się to zdarzyło?

66 komentarzy

  1. Świetny temat. Czytałem gdzieś, że w Australii przeciętna rodzina wyrzuca rocznie jedzenie warte ok. $1000. Z tego co już kupiła. Przerost dobrobytu? Mimo wszystko w podróży wolę kupować niż szperać po kontenerach. Jest jednak sporo racji w tym co piszesz.

  2. W końcu się doczekałem ciekawego podejścia do tematu 🙂 osobiście mam już serdecznie dość konsumpcjonizmu – zwłaszcza marnowania jedzenia, więc jestem za freeganizmem na całego. A jak zacznę moją podróż, to na pewno będę korzystać z tej formy utrzymania w trasie. W końcu to żadna ujma.

  3. Super artykuł! W sumie trzeci, który czytałam w tym tygodniu o freeganizmie, ale zdecydowanie najciekawszy. Przekonuje.

  4. Podejrzewam, że gdyby głód przycisnalby mnie tak samo jak i ciebie i przelamalbym się ten pierwszy raz to pozniej znacznie częściej zaglądałbym na tyły supermarketow. Póki co jednak mam ten komfort, że w drodze nie czuję specjalnie głodu – znaczy on gdzieś tam niby jest ale nie irytuje tak bardzo jak kiedy siedzę w domu, oglądam tv i „pasowaloby coś przekąsić”. Poza tym nie jestem wybredny i zakupy w supermarkecie wychodzą mi wystarczajaco tanio by nie kombinować.

    Ale temat dobry i warto było go opisać – w końcu prawdziwa podróż to seria wyrzeczeń i poświęceń, a to nie jest niczym innym jak tylko jednym z nich.

  5. Nigdy o tym nie słyszałam, dlatego początkowo zdziwiło mnie, że ktoś coś takiego robi. Oczywiście szokowało, bo wiadomo pierwsze skojarzenia nie są zbyt przychylne, ale postanowiłam przeczytać dalej i nie żałuję. Nadanie temu pewnej filozofii może jest nieco przesadą, ale rozumiem jak to jest przez Autora traktowane i podoba mi się ten szacunek okazywany w ten sposób, zarówno osobom, dzięki którym możemy zjeść tego banana (pastewnego swoją drogą :D) czy też Ziemi, dzięki której w ogóle mógł on wyrosnąć.

  6. A my w norwegii nazwaliśmy to „contender

  7. A my w norwegii nazwaliśmy to „Containering” 😉 liderami nocnego polowania była grupa…niemców! I bynajmniej nie byli to ubodzy studenci. Akcja, tak jak piszesz, wymierzona przeciwko konsumpcjonizmowi, wyrzucaniu dobrego jedzenia oraz norweskim cenom…
    Polecam głównie zimą ;]

  8. Chyle czola przed Toba, miales odwage napisac to, o czym wielu mowilo wczesniej a sie wstydzilo 🙂 Jestem jak najbardziej za takim podejsciem do zycia. Nie probowalam takiego sposobu zdobywania zywnosci, ale nie wykluczam.
    Wiem jedno, ze nie wstydzilabym sie, nie mialabym obiekcji.
    Ale ja jestem inna … 🙂

    A.

  9. Łukaszu dzięki za ten post 🙂 odpowiednio opisałeś kwestię 🙂 ale jak widzisz wiele jest osób które przychylnie na to patrzą 🙂 oby tylko oprócz poparcia wprowadzać to w życie 🙂 pozdrawiam 🙂

  10. Łukasz – dzięki za kolejny rewelacyjny artykuł!

  11. Dobry artykuł, ale niepotrzebnie się tłumaczysz- ja, na Twoim miejscu, robiłbym to samo.
    Zresztą, pracuję nad marketem i widzę z okna, co wyrzucają do kontenerów. Nie wyciągam tylko dlatego, że „nie wypada”..

  12. A na Islandii i w UK to sie dumpster diving zowie 😀 Probowalam raczej dla zabawy, a pozniej doszla cala ideologia… Teraz mamy dzieci, wiec nie ma czasu, energii, ale moze kiedys, znow dla zabawy…? Pozdrawiam.

  13. Nie widzę prześmiewczych odpowiedzi na Twoje wyznania Łukaszu 🙂 Raczej rośnie Ci grupa naśladowców, na wielu polach, co mnie bardzo cieszy! Chyba czas skończyć z autocenzurą, skoro taki hardcore spotkał się ze zrozumieniem.

    Osobiście, nienawidzę wyrzucać jedzenia, niestety nie udaje Nam się tego uniknąć, na duchu podtrzymuje mnie tylko to, że resztki trafiają do kompostownika, skąd zjadają to zwierzaki, a jeśli nie zjedzą resztki w końcu użyźnią glebę w ogrodzie; zamiast trafić na wysypisko z całością odpadów. Wszyscy kupujemy za dużo, widząc lodówki znajomych czy rodziny, nie wyobrażam sobie, żeby mogli to wszystko zjeść zanim się zepsuje…

    Ważny temat, mam nadzieję, że przy nim zostaniesz i do niego wrócisz na blogu. Bardzo podobają mi się Twoje wędrówki ku minimalizmowi, wracaj do nich proszę. Dziękuję!

    • „Nie widzę prześmiewczych odpowiedzi na Twoje wyznania Łukaszu”

      Cieszę się niezmiernie. Fajnie, że tak wiele osób ma tak zdrowe podejście do tematu. pozdrawiam Was więc wszystkich, czytających te słowa, znad kolejnego czekoladowego ciasta 🙂

  14. Jedna mała uwaga. Za zmarnowaną żywność płacą konsumenci, ale też, a może przede wszystkim, ludzie, którzy tę żywność produkują (zwłaszcza jeśli produkcja odbywa się w krajach biednych) oraz pracownicy supermarketów. To na nich oszczędzają korporacje, żeby wyciągnąć jak największe zyski z produkcji i sprzedaży i to dlatego ludzi tych nie stać na to, co sami produkują i sprzedają.

    • Słuszna uwaga, w końcu żywność nie powstaje w próżni, czyjaś praca i teren uprawny muszą zostać zmarnowane. To też smutne, bo mogłyby przysłużyć się lokalnej społeczności.

  15. Ja też chyba nie dorabiałabym filozofii. A jeśli to trochę głębszą. Nie chcesz się ścigać i zarabiać (pracować) więcej, więc z konieczności musisz zorganizować środki na swoje utrzymanie inaczej. Nie jadam tak. Jestem z tych. którzy żywią się w podróży (w moim przypadku w górach) owsianką i ryżem (bez bagietki i ketchupu bo jestem uczulona), ale rozumiem i popieram. Nie dlatego, że żal mi lokalnych społeczności w trzecim świecie- one zrobiły co mogły. Sprzedały i zarobiły tyle ile się udało, ani dlatego, że szkoda mi czasu i energii poświęconej na przywiezienie i zmagazynowanie- tym właśnie zajmują się rozwinięte społeczeństwa- gromadzeniem i wydawaniem, co podobno napędza ich rozwój. Ja sama nie chcę barć udziału w wyścigu o zarobienie, zgromadzenie i zmarnowanie. I nie biorę 🙂 Powodzenia Łukasz! Smacznego 🙂

    • Tak, chociaż pisząc o transporcie, myślę tez o ropie naftowej, która trzeba było wydobyć, a krótko potem spalić, aby to wszystko do nas przywieźć. A lokalne społeczności – jasne, zrobiły co mogły, szkoda tylko, że one z ceny jaką płacimy za jedzenie, dostają kilka procent. Czym to się kończy, widać było ostatnio w Bangladeszu. Tam też dowiedzieliśmy się nagle, że to, czego używamy na co dzień, może mieć bliższy związek z tzw. „trzecim światem” niż nam się wydaje.

      Jak to powiedział pewien buddyjski duchowny: „You progress, you progress so far. But you don’t know: for what?”. Dlatego kibicuję każdemu, kto wycofuje się z wyścigu o którym piszesz!

  16. produkty są ważone przed wywaleniem bo muszę zejść z magazynu

  17. Nie wiem skąd te obawy przed posądzeniem o bycie dewiantem. Myślisz i postępujesz logicznie i mądrze, ale jedzenia z hipermarketów nie polecam nawet za darmo 🙂

  18. Witaj Łukaszu!
    Miałem okazję dziś usłyszeć wywiad z Tobą w radiowej Trójce. Najpierw się zdziwiłem a potem z chęcią wysłuchałem. Na szczęście miałem chwilę wolnego i mogłem zrobić to z pełną uwagą. Fajnie, że Twój pomysł przykuł uwagę nie tylko internautów. Gratuluję sukcesu medialnego. 🙂
    Pozdrawiam
    P.S.
    Ciekawe czy to nie przypadkiem freeganizm sprawił, że redaktor się zainteresował Tobą

  19. Spiderman

    Trochę to smutne,że jeszcze 10-15 lat wstecz Polacy podróżowali po świecie zaliczając co ważniejsze kurorty,choć większość zakupów robiło się na targowiskach.Obecnie nawet podróżować trzeba szlakiem hipermarketów.
    I freeganizm tego nie usprawiedliwia.
    Nie jestem temu przeciwny,niech każdy je co chce i gdzie mu się podoba,natomiast bardzo to marnotrastwo żywności kontrastuje z panującą tam polityką pracowniczą,gdzie np.za zabranie do domu pękniętego jogurtu pracownik wylatuje z pracy.
    Nasz rodzimy sklep osiedlowy tak nie zrobi,woli sprzedać za pół ceny.A zyski z hipermarketów,wiadomo gdzie idą,do tego ulgi w podatkach+ wyzysk pracowników.Czysty zysk i tylko zysk.
    Wąsatego za to bym pod dożywotnie sądy dał,bo takie tylko u nas są,że na to pozwolił! Niech przynajmniej mu Nobla zabiorą.

  20. Cześć!
    Znalazłem Twój blog zupełnie przypadkowo 🙂
    To ciekawe, jak los ‚przypadkiem’ pozwala na takie spotkania. Sam, 3 lata temu odbyłem przeszedłem Camino de Santiago (jedyne ostatnie 800km), a obecnie, od prawie roku błąkam się po Azji 🙂

    Na pewno będę czytał Twoje posty, bo bardzo fajnie piszesz. Samemu mam gdzieś w dalekich planach również Camino ‚od progu domu’. To był niezapomniany czas, jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Jestem pewien, że Camino również w Tobie pozostanie na zawsze jako niesamowite, czasem magiczne miejsce 🙂

    Pozdrowienia z Borneo!
    Grzegorz Pełka

  21. Wracając do wątku produkcyjnego – dlatego freeganizm do mnie nie do końca przemawia. Bo to jedzenie i tak zostanie wyprodukowane gdzieś tam i przywiezione do nas. Co za różnica, czy weźmie się je z półki w supermarkecie czy z kontenera. Różnica głównie dla portfela freeganina. Większy sens ma, moim zdaniem, wspieranie lokalnych producentów żywności, kupowanie produktów lokalnych, sezonowych i nieprzetworzonych.

  22. Kiedy postanowiłam, że po studiach pójdę do Santiago, także z progu domu, zaczęłam przeliczać ile pieniędzy będę potrzebować… postanowiłam nie przejmować się tym aż tak, bo zawsze jakoś się wszystko udaje. Czasem podróżując stopem przez tydzień, w którym wcale nie głodowałam, wydawałam ok 10 euro. Nigdy też sama nie prosiłam o nic oprócz wody, często jadłam dziko rosnące owoce (pomarańcze, jeżyny, jabłka, śliwki itp). Kierowcy i napotkani „przypadkiem” ludzie często dawali jedzenie i pieniądze (czasem niewielkie, ale sam gest jest dla mnie zawsze bezcenny) co jest dla mnie niesamowite i zawsze będzie i nigdy nie uznam tego za coś naturalnego i zawsze będę tak samo zdziwiona i wdzięczna. Ale mimo wszystko uznałam, że muszę zabrać na camino więcej pieniędzy niż na podróż stopem. Byłam w Hiszpanii na szlaku i wiem, że chcąc spać czasem w schronisku czy kupując bardzo tanio muszę mieć min. 5 euro na dzień. Został mi rok, ew. dwa do planowanego wyjścia (choć „ludzie mają plany a bogowie mają lepszy” 🙂 ), mogę ten spędzić pracując spokojnie i studiując, albo odkładając każdy dosłownie grosz i pracując na trzy etaty. I chociaż nigdy dotychczas nie myślałam poważnie o freeganizmie, po przeczytaniu o nim, z mimo wszystko dość obiektywnej strony, pomyślałam, że może nie jest to takie głupie, szczególnie, że nienawidzę wyrzucania jedzenia, czego nauczyła mnie śp. babcia, która przeżyła dwie wojny i wie co to szacunek do jedzenia do tego stopnia, że zawsze robiła znak krzyża na chlebie i całowała go zanim pokroiła. Będę odkładać na tę drogę, ale jeśli nie uzbieram nawet 1/3 rozsądnej kwoty na -dla mnie pewnie -4 miesięczną wędrówkę to i tak wyjdę. Za wszystkie cenne treści dziękuję:)
    Ultreia!

  23. Freeganizm rzeczywiście jest całkiem spoko i w niektórych bogatszych krajach, to aż trudno uwierzyć co ląduje w koszach pod marketami… Wydaje mi się tylko, iż podróżując w sposób niskobudżetowy, czyli autostop, namiot itp. może być niewielki problem z umyciem łupów 🙂 a czasem także siebie, bo nigdy nie wiadomo w co się „łapę” wsadzi 😛
    Generalnie bardzo polecam taką formę zdobywania pożywienia w Norwegii, bo kraj chłodny więc nie trzeba się, aż tak uwijać…
    A dla zainteresowanych poniżęj link o tym jak wygląda freeganizm w skandynawskim wydaniu oczami polaka:

    http://jazdakuwolnosci.wordpress.com/2012/12/11/konsumuj-mniej-bramy-raju-sa-waskie/

    pozdrawiam

  24. Zdobyłeś moje serce tym wpisem, teraz przeczytam wszystko! 🙂

  25. Nawet nie wiesz jak się ciesze z tego wpisu:) Mój ukochany żył tak we Francji dwa lata, był bardzo dumny z tego.Sam mówił „idę na zakupy” i przynosił takie jedzenie o którym można było tylko marzyć będąc w sklepie:wysokogatunkowe mięsa, ryby, desery a nawet alkohol. W ogóle niczego nie kupował, wszystkie środki higieniczne, garnki, obrusy, miseczki i co sobie wymyślisz także można znaleźć wyrzucone na tyłach marketów.Dzięki temu miał pieniądze na wakacje dla siebie i dwóch córek przez dwa miesiące w roku…to był jego priorytet.Pracował przez 10 miesięcy , oszczędzał i był bardzo szczęśliwy że odnalazł dla siebie taki sposób na życie.. Nie wiedział,że ten styl życia nazywa się freeganizm. Bał się co ja na to powiem, jak mi powie,że tak żyje w tej Francji Elegancji;)z własnego wyboru. Ja byłam za…….nie wiedziałam że w Polsce też tak można, chętnie skorzystam z rad jak to się robi w naszym kraju i przyłączę się do tego nurtu. Gdyby mój ukochany żył na pewno nadal by tylko chodził na takie „zakupy”. Polecam i popieram z całego serca. Sama mam w planach podróż po Europie, a że nie mam za wiele pieniędzy więc brałam pod uwagę taki zastrzyk kalorii:):):)
    Dziękuję jeszcze raz za ten artykuł, pozdrawiam Joanna

  26. Karolina

    Joanna–>lubie to! 🙂

  27. Celloistka

    Dzięki freeganizmowi byłam trzy miesiące na wyspach Kanaryjskich znajdując swój dom na stałe (70% opuszczonych domów nadaje się do zamieszkania, posiada wszystkie sprzęty, garnki, talerze, piecyki gazowe – ale to inna historia), jedliśmy wspaniałe rzeczy, czasem coś dokupowaliśmy. Zabawa była przednia, robiliśmy to z nudy, ciekawości. Ile radości dawały znalezione lody, gdy cały dzień wcześniej za mną „chodziły”. I to jakie. Czekoladowe z kawałkami czekolady,jakich w Polsce jeszcze nie ma. Banany i pomarańcze zbieraliśmy w sadach, z ziemi (takich już nie sprzedają, bo za bardzo dojrzałe jak na eksport). Awokado tylko tam smakuje tak dobrze. Gdyby nie freeganizm żywiłabym się w/w owocami,lecz chciałam spróbować jeszcze będąc w Polsce i miałam dość awokado. Najtrudniej jest zacząć, później docenia się magię tego stylu życia. Niedługo będę kontynuować swoją zabawę w Niemczech. Pozdrawiam wszystkich,którzy spróbowali i spróbować zamierzali. P.S. Dobrze dołączyć do grupy obeznanych w temacie na początku.

  28. Ja podobnie jak autor artykułu jestem mistrzem survivalu miejskiego . W polsce to raczej nie wypali bo bieda i nędza .

  29. witam autora 🙂
    mam prośbę- czy mógłbyś mi udzielić kilku rad co do miejsc w jakich szukać jedzenia w Polsce?
    Jestem początkującą freeganką, ale chyba robię coś nie tak bo moje łupy są liche. z góry dziekuje 🙂

  30. El_Chupacabra

    Jedzenie z supermarketów ląduje w śmieciach w głównej mierze z powodu idiotycznych przepisów, norm i wytycznych. Nikt nie ma zamiaru się kopać z inspekcją sanitarną czy chociażby Urzędem Skarbowym. Nie wiem czy pamiętasz akcję US przeciwko piekarzowi, który za darmo rozdawał niesprzedany chleb. O ile mi wiadomo to puścili go z torbami.
    Pewnie w każdym kraju istnieją jakieś debilne przepisy.
    Co oczywiście nie zmienia faktu, że cała sytuacja jest chora.

  31. Również praktykowałem z kolegą w Norwegii. Przy pierwszej próbie nastawiony byłem sceptycznie, jednak od tego czasu każdy następny wieczór kończony był wyprawą pod market w nastrojach niezmiernego zaciekawienia co za smakołyki przyniesie nam los. Gdyby nie słodycze z kontenerów nasze humory w deszczowym Bergen nie byłyby tak dobre 😛

  32. El_Chupacabra

    Łukasz… rozmawiałem ostatnio ze znajomą, która kiedyś pracowała w Auchan. Stwierdziła, że jedzenie zaczęło u nich lądować w kontenerach po akcji US przeciwko wspomnianemu piekarzowi. Ich główny dyrektor na Polskę (jakiś Francuz) stwierdził że skoro mamy takie posrane prawo to on nie zamierza narażać firmy na straty. Wcześniej jedzenie było „wystawiane” w sposób umożliwiający bezproblemowe trafienie „do drugiego obiegu”

    • A propos piekarza:
      „Oskarżenie nie dotyczy tylko jego działalności charytatywnej – przekonywał w mowie końcowej Zyskowski. – Chodzi o ukrywanie przed urzędem skarbowym rzeczywistej ilości wyprodukowanego i sprzedanego chleba. Mógł podarować 160 tys. bochenków, tylko nie ujął tego w żadnych dokumentach. Oskarżyciele przypomnieli, że pracownice Gronowskiego potwierdziły w sądzie, iż nie ewidencjonowały całości sprzedaży: wbijały na kasę fiskalną co 4-5 sprzedany bochenek. Pozostałe zapisywały na kartkach i oddawały je szefowi.”

  33. Niesamowita sprawa! Z wypiekami na twarzy i burczeniem w brzuchu czytałem ten wpis:) Nienawidzę marnowania jedzenia!!!! Mieszkam na Wyspach, codziennie widzę, ile jedzenia się marnuje, bo pracuję w firmie, która żywność sprzedaje. To woła o pomstę do nieba, choć w żadną, niebiańską istotę nie wierzę. Freeganizm jest kuszący:)

  34. super artykuł ,bardzo ciekawy przypadkowo na niego trafiłam.Nawet nie wiedzialam ze jest cos takiego,zawsze miałam wrazenie ze w smietnikach grzebią ludzie bezdomni ,naprawde podziawiam twoj styl życia i nie rozumiem jak mozna marnowac tyle żywności w sklepach i nie tylko

  35. szukałem informacji o freeganizmie i trafiłem z „poziomu wyszukiwarek” – Twoja strona się nieźle pozycjonuje, skutecznie zaszczepiasz ideę freeganizmu w Polsce. Ja właśnie o tym.

    Od strony praktycznej temat poruszyłeś międzynarodowo: Francja, Hiszpania, Angilia i Niemcy a nawet Czechy, trochę po łebkach ale dało to rozeznanie co się dzieje w tym temacie w tamtych krajach (szczególnie info, że Niemcy na jedzenie mają osobne kontenery jest „inspirujące”), natomiast mniej o Polsce, tylko że na poznańskim Rozbracie coś takiego się praktykuje. Sam bym i nie tylko ja pewnie stosując w praktyce jakieś wskazówki w tym temacie skorzystał. Chciałem nawet zinfiltrować Macro i się tam na umowę-zlecenie jakiś czas zatrudnić żeby wybadać możliwości, gdzie utylizują swoje zjełczałe żarło, ale na chceniu się skończyło, bo potrzebna jest książeczka sanitarno-epidemiologiczna.

  36. Znalazłam artykuł o kobiecie, która gotowała obiady z „jedzenia śmietnikowego” (taka mała obsesja jak ona to nazywa), które wystarczało dla rodziny i przyjaciół. Przyjaciołom bardzo smakowało do momentu, gdy nie dowiedzieli się z jakiego źródła są owe materiały. Część zapowiedziała, że nigdy więcej nie wpadnie na podwieczorek 😉 z resztą przeczytajcie sami: http://www.huffingtonpost.com/2013/05/02/my-crazy-obsession-dumpster-food-video_n_3199556.html
    Widać na jak wielką skalę wyrzucane jest jedzenie (jedna kobieta i 12 pudeł jedzenia! WTF?). Co prawda musiała się za tym najeździć, ale chyba warto było.

  37. Już dawno korzystam z takiej formy odżywiania w podróży, sęk w tym że warto być pierwszym przy „paśniku”. Odzież kupuję w drodze ( poza bielizną – jakoś nie mogę się przełamać ) , w secondhanach czy sklepach utrzymywanych przez gminy ( np. w Holandii to Kringloopy). Może warto na łamach tego bloga przedstawić alternatywne formy przetrwania , oczywiście jeśli właściciel pozwoli .
    Pozdrawiam
    Jacek

  38. I’m not sure why but this blog is loading incredibly slow for me.

    Is anyone else having this issue or is it a issue on my end?
    I’ll check back later and see if the problem still exists.

  39. Znakomity blog i swietny temat. W sumie nie napisalbym komentarza, gdyby nie jedno – ‚dziading’.
    Czy proszenie o jedzenie w trakcie podrozy bez srodkow do zycia to dziading. I w przypadku gdzie nie masz w okolicy tak wystawnych marketow/sklepow. Zawsze lepiej poprosic o jedzenie, nie uwlaczajac na swojej godnosci tak samo jak to robia freeganie.

  40. Pingback: Freeganizm, inaczej dumpster diving

  41. ulubienica koszy

    Artykuł ciekawy,
    Lubię zaglądac w kontenery śmietnikowe na osiedlach, czasem znajdzie się coś do jedzenia (pieczywa np. nie kupuję), ale dużo jest też nie zniszczonych, przepranych ubrań, przeglądanie koszy bardzo mnie wciągnęło i gdy przechodze nie mogę się powstrzymac zeby nie zajrzec, nawet 1 niewielka rzecz cieszy. Dziś w koszach obok biedronki trafiłam na zapakowaną zupę dyniową, była tylko 1. Czesto zauważam że kontenery przy marketach są już poprzebierane.
    Najwięcej jest sałat, sałatek z sałat, bananów, ziemniaków to często zostaje nie wybrane. Ja zawsze zadowalam się tym co jest

  42. Coś w tym jest. Z racji, że nie jestem rannym ptaszkiem na okoliczny sobotni bazarek często docieram koło 13, kiedy większość sprzedających pakuje już swoje stragany. Często proszą mnie, żebym wzięła gratisy bo i tak będą musieli wyrzucić. Takim sposobem wróciłam ostatnio do domu „bogatsza” o torbę świeżych warzyw chociaż w planach były tylko truskawki i sałata 🙂

  43. Świetnie, gratuluję! Pamiętam że w tym stylu- wtedy jeszcze nie nazwanym- w 2007 roku przetrwałam super na Malcie, gdzie butelka wody kosztowała 13 zł. Do Santiago szłam 6 razy i tez czasami korzystałam z tego, o czym piszesz ale nie wiedziałam, że tak to się nazywa:-)
    Pozdrawiam!

  44. „Bałem się i cały czas boję czy czytając go, nie zamkniesz z obrzydzeniem mojego bloga, postanawiając już nigdy na niego nie wracać. ” Żartujesz?!? Ja się bardzo cieszę, że trafiłam na ten post. Ale przede wszytskim to chciałam Ci podziękować za odwagę i to że napisałes o tym, bo chciałeś być szczery ze swoimi czytelnikami. O nie – ja nie zamierzam zamykać Twojego bloga. Mam za to zamar się tu rozgościć i poczytać znacznie więcej. Pozdrowienia!

  45. strimfree

    Na strims pl mamy grupę freegan i razem wyjadamy ze śmietników, pozdrawiam i zapraszam

  46. hm nic nowego ja jadąc przez Europe rowerkiem z plecaczkiem czesto tak sie zywilem bylo dobrze przez niemcy ciezko raczej w holandii i belgii troche lepiej we francji ciezko w anglii moze zle szukalem ale kierowalem sie takimi samymi regulami szukania jak w niemczech w tym roku zobacze moze tez tak bedzie jedzenie a konenrta fakt nie jest smierdzace ani zepsute

  47. A czy freeganizm nie powinien wiązać się ściśle z weganizmem?

    • Może, nie musi. Są freeganie, którzy korzystają z produktów zwierzęcych (głównie nabiału), a nawet mięsa. Wegetarian jest dużo, mięsożerców jednak niewielu.

  48. Świetny artykuł, dzięki wielkie za niego! Właśnie szukałem wartościowych tekstów na temat freeganizmu, które w ciekawy sposób wyjaśniałyby to bardzo ciekawe zjawisko. Chyba tylko osoby o bardzo ograniczonym światopoglądzie mogłyby Cię zlinczować za takie podejście (a takich niestety bywa od groma).

  49. Witam.
    Pracuję w dużym hipermarkecie.Na zebraniu poruszyłam kwestię strat.Dowiedziałam się,że bardziej opłaca się towar zestratować niż przecenić.Jest to dla mnie zupełnie nielogiczne!!!!!

  50. Ale niespodzianka! Trafilam tu z boga opisujacago zycie na Islandii i wczesniej nie mialam pojecia, ze moj kolejny ulubiony autor bloga rowniez praktykuje freeganizm. Czy podczas trawersu Islandii rowniez korzystales z jedzenia wt«yrzucanego na smietnik? BYlam tam w 2011 roku i oceniam Islandie jako raj dla dumpster diverow. Temperatury niskie, wiec wszystko sie zakonserwuje. Nawet w ciagu dnia zdarzalo sie nam (mnie i mojemu ex) nurkowac w smietnikach i znajdowac produkty, ktore kosztowalyby nas sporo. Nawet butelkowana wode na smietniku znalezlismy (Akureyri)! Czesto wystarczalo raz na kilka dni przyjechac do wiekszego miasta, by miec zapas smieciowego jedzenia na kilka dni trekkingu. Nawet w mniejszych miasteczkach bez problemu znajdowalo sie calkiem niezle produkty!

    Co do rekcji ludzi – w tamtym czasie mialam na swoim profilu couchsurfing informacje, ze jem jedzenie ze smietnika. Reakcje byly rozne. We Francji ktos zareagowal „jak mozna sie calowac z taka osoba?!”. Inny host wytlumaczyl mi, ze przed moim przyjazdem oproznil swoj smietnik, bo obawial sie, ze bede wygrzebywac resztki (w koncu byl ciekawy idei i wytlumaczylam mu, ze to produkty dobrej jakosci wyrzucane do kontenerow, a nie resztki ze smietnika przy drodze, sa obiektem naszego pozadania). Na Islandii – jaka odmiennosc! Jeden z najciekawszych przypadkow – 54-letni amerykanski dyplomata, ktory ze wzgledu na swoj zawod nie mogl sobie pozwolic na tego typu zachowanie. KIlka razy, kiedy „szlismy na zakupy”, zostawialismy spora porcje dla niego. Zazwyczaj byly to rzeczy, z ktorych my sami bysmy w podroz nie skorzystali – cos, co trzeba bylo upiec, ugotowac. A on podczas wycieczki po Islandii z rodzina zajadal sie lososiem, ktory byl wazny jeszcze przez dobry miesiac, a juz trafil na smietnik.
    W Danii rowniez ludzi znaja dobrze te praktyke. Dwa lata temu udalo sie nam (mi i mojemu obecnemu partnerowi) znalezc 3 wielkie wory pieczywa, ktore zabralismy ze soba – w calosci – do domu naszego hosta, by sie w ciagu dnia nie bawic w wydzielanie tego, co chcemy ze soba zabrac. W domu bylo sporo gosci, wiec taka ilosc pieczywa byla mile widziana. A goscie, szczesliwi, wykrzykiwali „o, jedzenie ze smietnika!” Pewna siec supermarketow ratowala nas w 99% przypadkow i czesto nasza podroz planowalismy tak, by byl on blisko nas, kiedy zapas jedzenia sie skonczy. Raz udalo nam sie znalezc miejsce na namiot tuz obok. Moj partner tuz przed zamknieciem sklepu wszedl do srodka zobaczyc, co za chwile bedzie wybieral ze smietnika. Nie pomylil sie! W trakcie wielu tygodni, ktore podczas kilku wizyt spedzilsimy w Danii, jedynie tuz po przyjezdzie do kraju kupowalsimy najtanszy chleb, by miec co jesc do czasu kolejnego DD. Nigdy nie brakowalo nam pieczywa, nabialu, warzyw czy owocow (sporo z nich z upraw ekologicznych).
    W Portugalii, gdzie teraz mieszkamy, brakuje nam bardzo jedzenia ze smietnikow. To takie dziwne, ze nagle normalnym stalo sie isc do sklepu i placic za produkt, podczas gdy dawniej myslelismy “ci ludzie placa tyle za produkty, ktore my bedziemy jesc za darmo”. Obok naszego mieszkania mamy warzywniak, w ktorym wlasciciele sprzedaja po duzo nizszej cenie owoce, ktore nadal sa dobrej jakosci, ale juz nie prezentuja sie tak ladnie – np. Skrzynka winogron oddzielonych od grona czy bardziej dojrzale banany. To najblizej dumpster divingu, jak udaje nam sie dotrzec w te dni. Na zime byc moze jedziemy na dluzej na Islandie i juz zacieramy rece 😀

    Dlugi komentarz z tego wyszedl, ale juz od tak dawma nie mam nic do czynienia z DD, ktorego tak mi brakuje, ze musialam sobie pozwolic na to “desabafo” (po portugalsku: literalnie “od-uduszenie sie” – wykrzyczenie swoich mysli.)

    • Hej Ewelina,
      Myślałem o tym, ale ostatecznie nie. Chyba z braku czasu i nieznajomości miejsc, bo kilka osób nawet polecało mi ten „kanał dystrybucji”. Słyszałem, że to sprawdzona opcja i nie skorzystałem, zbyt dużo i zbyt często przemieszczałem się z miejsca na miejsce, a w interiorze DD nie działa. Ale… w Rejkiawiku, gdy wie się gdzie iść, można zjeść darmowe śniadania i obiady. I z tego chętnie korzystałem, wiedząc, że mogę i nie odbieram tym nikomu innemu jedzenia. Cóż, Islandia to kraj, w którym takie rzeczy są możliwe.

  51. Dzień dobry, jestem dziennikarzem „Gazety Olsztyńskiej”. Zgodzi się Pan na rozmowę? Proszę o kontakt: m.przyborowski@gazetaolsztynska.pl

  52. Pingback: Camino – lista sprzętu na piesze przejście z Warszawy do Santiago de Compostela – Gdzie indziej

  53. Pingback: Camino – lista sprzętu na piesze przejście z Warszawy do Santiago de Compostela | Gdzie indziej

  54. podziwiam za upublikowanie tego artykuly , bardzo fajnie ! dziekuje

  55. Strasznie zainteresowal mnie ten temat. Słyszałam o tym już kilka razy ale pierwszy raz się zagłębiam w to i chyba zechce spróbować od czasu do czasu coś „upolować”. Myślę że nie ma się czego wstydzić chociaż nie ukrywam że wolałabym nikogo znajomego nie spotkać nurkujac w śmieciach, jakoś zawsze mocno się przejmowalam opinią ludzi i tym co pomyślą. Być może już czas to zmienić 🙂

  56. Łukaszu, mam praktyczne pytanie. Mam dość duże freegańskie doświadczenie – mieszkając w Krakowie żywiłam się tak przez kilka lat. Planuję obecnie Camino Norte a dalej Primitivo. Jak oceniasz, jaki procent Twojego żywienia się na tej trasie (mniej więcej oczywiście) pochodził ze śmietników? Z góry dziękuję za odpowiedź. A może także ktoś z czytelników bloga ma takie doświadczenia?

  57. Też spróbowałam takiej formy zdobycia jedzenia,kilka razy trafiłem na super jedzonko.Raz gdy wciągnęłam pieczarki wyszła od zaplecza babka że sklepu i mi je zabrała,czułam wstyd i zarzenowanie.I tak skończyła się moja przygoda z konteneringiem.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *